Z okazji upałów i gługiego weekendu (Autriacy też świętują pierwszego maja, a co!) pół Wiednia wyległo na Donauinsel ("Wyspa Dunaju"). To nie takie trudne, bo Wiedeń jest niezbyt duży (przypomnę, mniej niż dwa i pół miliona, licząc całą aglomerację), a wyspa całkiem pokaźna (jak na wyspę rzeczną, rzecz jasna) i doskonale przygotowana na przyjęcie mas ludności. Spragnieni reklasu mieszkańcy znajdą wszystko, czego im potrzeba.
Na Donauinsel bardzo łatwo dotrzeć, gdyż docierają tam aż trzy z pięciu linii metra, ale nie tak łatwo ją przejść. Wyspa jest dość wąska, za to ciągnie się w obu kierunkach daleko poza granice miasta. Porasta ją piękna trawa, zielone drzewa i krzaki, które nadają jej miejscami naprawdę dzikiego charakteru. Jednak widać na każdym kroku dbałość o czystość i wygodę. Na wyspę można się dostać nie tylko piechotą, ale i na kółkach - rowerem, hulajnogą, deskorolką, na łyżworolkach i wielu, wielu innych pojazdach, który nazwy nie pamiętam lub nie znam. Wydzielono równe dróżki - osobno dla pieszych, osobno dla reszty. Ścieżki biegną tuż nad samą wodę i skośnie przez wyspę. Często zlewają się w większe lub mniejsze place, przy których można urządzić większe zgromadzenie. Poza tradycyjnym parkowym wyposażeniem typu ławki i kosze na śmieci (ustawione ze wzorcową częstotliwością), Donauinsel oferuje boiska do gry, trampoliny, pomosty do pływania, grille, artystyczne rzeźby, toalety... Wszystko. Nie brakuje restauracji, knajpek i budek z lodami lub fastfoodami. Zazwyczaj grupują się w pobliżu wyjścia ze stacji metra. Dla tych, którzy rozłożyli się nieco dalej i nie mają ochoty ruszać się z miejsca, wymyślono lodziarnie na kółkach, które co pewien czas zatrzymują się na małych, okrągłych placykach.
Na polanach i placach grupują się rodziny, które grają w najróżniejsze gry pod słońcem. Widziałam w jednym miejscu na raz badmingtona, boule, siatkówkę, piłkę nożną, a nawet krykieta. W zagajnikach sąsiadujących z Grillzone (obszar przeznaczony do grillowania) dominują muzułmańskie rodziny. Widok jest to wręcz niesamowity, a mieszanka zapachowa oszałamiająca. Dookoła trzydzieści stopni, a oni wszyscy poubierani w długie rękawy i nogawki, a kobiety do tego noszą obowiązkowo chusty na głowach. Grillują sobie wszelakie koszerne mięsiwa, popijają herbatą z samowarów i pławią się wyziewach z płonących węgli. Oczywiście odpoczywają tam i "rdzennie europejskie" familie, ale odniosłam wrażenie, że mają mniejsze parcie na grupowe skwierczenie. Po krzakach można znaleźć różnych muzykujących artystów, głównie doboszy, których żywa muzyka umila czas.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen