Freitag, 6. Juli 2012

Comeniusgasse 9/8/1/2

     Od tygodnia mieszkam w nowym miejscu. Zostałam do tego odgórnie zmuszona przez miejscowego monopolistę na rynku akademików: Österreichische Austauschdienst (OeAD). Takie rozwiązanie ma swoje wady i zalety. Jako osoba żądna wrażeń doceniam przede wszystkim możliwość zmiany otoczenia. Zanim jednak udało mi się urządzić na Comeniusgasse, musiałam się nieźle namęczyć.

     Z końcem czerwca większość studentów zaczyna wakacje. Tylko nieliczni kończą sesję w pierwszym tygodniu lipca (po co siedzieć nad sesją w lipcu, skoro będzie następna w październiku?), a reszta opuszcza Wiedeń. W związku z tym dwudziestego dziewiątego czerwca w piątek nastąpił eksodus studentów z akademików. Kto był mógł, zbierał swoje manatki już w środę lub czwartek, żeby uniknąć zamieszania. Kto nie mógł (bo na przykład miał takie bzdety jak zajęcia lub egzaminy na głowie), musiał się wyprowadzić z pokoju do dziesiątej rano. I wymeldować u portiera. A portier na Michaelerstraße ma niestety "drobne" trudności z komunikacją...

     Wszystko byłoby do przeżycia, gdybym mogła od razu wrzucić swoje rzeczy na Comeniusgasse. Dzięki posiłkom z Polski udało się zabrać wszystko za jednym zamachem, ale... Klucze do pokoju mogłam odebrać tylko z centrali OeAD, która mieści się w przy Hauptuni, i tylko w godzinach od czternastej do piętnastej. Pfff... Żar leje się z nieba (na oko 28'C w cieniu w okolicach jedenastej rano), zajęcia czekają, a tu trzeba jeszcze odebrać klucze. Na szczęście uprzejma pani sprzątaczka pozwoliła zostawić mój skromny dobytek w bezpiecznym miejscu pod kluczem. Gdy przybyłam do centrali, zobaczyłam, że nie każdy miał to szczęście. Będąc punktualnie o drugiej po południu, zastałam przed sobą kolejkę, której końca nie widać (bo zakręca i idzie w górę po schodach). Dosłownie pięć sekund później przyszło jeszcze parę osób, po pół godzinie stałam mniej więcej w połowie ogonka. Co ciekawe, ogonek ustawił się nie do biura a do... numerków kolejkowych. To znaczy, że przede mną mogło być jeszcze więcej osób, które na chwilę gdzieś wyszły. Klimatyzacji nie ma, bo nikt w Wiedniu nie podejrzewał, że latem temperatura przekraczy trzydzieści stopni i będzie ciągnąć się tygodniami (to akurat piszę bez ironii).

     Oszczędzę relacji z przykrego, półtoragodzinnego, śmiercionośnie nudnego czekania na klucz. Podpisawszy nową umowę wyleciałam z budynku jak na skrzydłach, żeby czym prędzej popędzić na ostatnie w tym roku zajęcia. Profesor litościwie wypuścił nas wcześniej i udzielił nam błogosławieństwa na okazję imprezy kończącej semestr kierunku Alte Geschichte. Impreza była całkiem sympatyczna. Odbywała się w ogródku piwnym na terenie głównego campusu UW. Atmosferę podgrzewało nie tylko słońce, ale i ruszty, na których spoczywało tłuste mięsiwo. Dopóki ktoś nie otworzył parasola, rzecz jasna. Wtedy już tylko ruszty pracowały. Po zamówieniu wurstów, wątróbek i smażonych ziemniaczków z musztardą Austriacy w magiczny sposób zaczęli dostrzegać moją obecność. Po ostatnich referatach zrozumieli, że milczę nie dlatego, że jestem bucem i ich nie lubię, ale po prostu dlatego, że nie bardzo umiem coś powiedzieć. Jeden z nich, dowiedziawszy się, że był pierwszym tubylcem, który odezwał się do mnie niepytany (było to w okolicach końca maja), nie chciał uwierzyć. Stwierdził, że to smutne. Cóż, lepiej późno niż wcale!

     Ale wracając do Comeniusgasse numer 8... Miejsce całkiem przyzwoite. Dojazd do Hauptuni może nieco gorszy niż z Michaelerstraße (zamiast siedmiu minut aż czternaście), a do metra mam cztery przystanki tramwajem, ale nie mogę narzekać. Doskonała wiedeńska komunikacja zanadto zdążyła mnie już rozpieścić. Ulica mieści się w siedemnastej dzielnicy - Hernals. Dzielnica ciągnie się mniej więcej ze wschodu na zachów i składa się głównie z kamienic. Takich dość nudnych klasycystycznych i bardziej fantazyjnych secesyjnych. Akademik mieści się akurat w kamienicy z 1989 roku. Studentów upakowano w pokojach, które składają się na mieszkania ze wspólną łazienką i kuchnią. Moje współlokatorki - Chinka i Ukrainka, są przemiłe. Zazwyczaj nie ma ich w mieszkaniu. Teoretycznie dostałam miejsce w pokoju dwuosobowym, ale jeszcze nikt się na to drugie miejsce nie zgłosił. Żyć nie umierać! Z okna mam widok na podwórko kamieniczne. Jakieś krzesełka, basenik, roślnki troskliwie pielęgnowane przez panie sprzątaczki. W okolicy akademika zaskakująco tani Lidl, poczta na wyciągnięcie ręki i piekarnia z najlepszymi struclami na świecie.

Jest spoko. Zobaczymy, co dalej.

1 Kommentar:

  1. "Moje współlokatorki - Chinka i Ukrainka, są przemiłe. Zazwyczaj nie ma ich w mieszkaniu."
    Czy powinniśmy spodziewać się tutaj jakiegoś powiązania?

    "poczta na wyciągnięcie ręki"... ;-)

    AntwortenLöschen