Posts mit dem Label KHM werden angezeigt. Alle Posts anzeigen
Posts mit dem Label KHM werden angezeigt. Alle Posts anzeigen

Sonntag, 1. Juli 2012

Schatzkammer

     Schatzkammer - Skarbiec. Ukryty w głębi pałacu cesarskiego przechowuje drogocenne pamiątki domu Habsburgów. Drogocenne zarówno z powodu materiałów, maestrii wykonania, jak i historii, która się z nimi łączy. Takiego skarbca z pewnością nie powstydziłby się największy nawet bogacz z baśni tysiąca i jednej nocy.

     Skarby podzielono na dwie części: świecką i kościelną, co odzwierciedla rozległe ambicje Habsburgów. W pierwszej kolejności trafiamy na insygnia cesarskie wyjątkowej urody: koronę, berło i jabłko. Koronę zrobił z czystego złota Jan Vermeyer w 1602 roku specjalnie dla Rudolfa II. Najpierw służyła jako korona Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, potem jako korona Cesarstwa Austrii. Zachwyca. Po prostu zachwyca. Diadem królewski z ośmioma liliami, ośmioma diamentami, z rzędami pereł, czerwonymi senelami i potężnym rubinem z przodu. Mitra, symbolizująca władzę duchową, z czterema reliefami w złocie, które przedstawiają osiągnięcia Rudolfa. Reliefy obramowują pasy białej emalii z kwiatami i ptakami o delikatnym rysunku. To zestawienie białego tła i kolorowych, eleganckich, giętkich kształtów można później znaleźć w wielu miejscach w Wiedniu jak choćby na suficie Kunsthistorisches Museum. W końcu kabłąk cesarski zwieńczony krzyżem i szmaragdem o nieziemskiej błękitnej barwie. Bogactwo i harmonia, przepych i lekkość, kunsztowność wykonania, drogocenność materiałów, przemyślana symbolika najdrobniejszego nawet elementu.

     Podobnie pozostałe przedmioty wykonane później do kompletu przez Andreasa Osenbrucka gdzieś między 1612 a 1615. Nie mogłam się napatrzeć na wdzięczne, koronkowe zwieńczenie berła o rączce z rogu jednorożca (czyt. narwala). Majstersztyk, cudeńko!

     Gdy tylko oderwie się wzrok od gabloty z najcenniejszą koroną na świecie, trafia się na cesarza Franciszka I. Jego piorunujące spojrzenie z miejsca wbija w podłogę. Friedrich von Amerling namalował Franciszka w stroju cesarskim z insygniami. Pysznią się purpura, brokat i jedwabie rękami najlepszych rzemieślników pieszczone. Marmury w tle błyszczą jak lustro. A cesarz ma twarz spokojną, poważną, skupioną. Patrzy na widza z lekko ściągniętymi brwiami. Twarz zdobią mu zmarszczki szlachetne i surowość. Ta niesamowita twarz pasuje bardziej do mnicha lub proroka. Nieubłaganie ściąga uwagę, pomimo tylu wspaniałości wokół. Nigdy nie zapomnę tych stalowoszarych oczu.

     Dalej przechodzimy wśród paradnych szat Orderu Złotego Runa, Orderu Żelaznej Korony, spotykamy złoty ornat elektora czeskiego, purpurowy, węgierski strój koronacyjny i niebieski Lombardo-Wenecji. W półmroku wystawiono sztandary, proporce i laski heroldów jeszcze z czasów króla niemieckiego Rudolfa (XIII w.). Cesarskie dzieci chrzczą w najdelikatniejszym, białym jedwabiu wyszywanym perłami i złotą nicią. Cesarz spożywa jajko na twardo ze złotej podstawki w kształcie drzewa oliwnego, pod którym odpoczywają pasterz i jego dwa psy. Cesarzowa trzyma perfumy w naczyniu wyrzeźbionym ze szmaragdu o dwóch tysiącach karatów. Białe opale o magicznym blasku wprawiono w jej biżuterię. Paradny miecz cesarski ma rękojeść i pochwę wykonane z rogu jednorożca. Zwieńcza go urokliwy ametyst. Wśród skarbów cesarskich można też znaleźć sporą misę wyrzeźbioną z jednego mleczno-kawowego agatu, którą wykonano gdzieś w mrokach antyku po to, żeby po złupieniu Konstantynopola niewiadomymi drogami trafić do Habsburgów. Powiadają, że ta właśnie misa jest Świętym Graalem. Trumny cesarskie ukryte w kryptach Kościoła Kapucynów, zamknięto na złote klucze, które trzyma się w rzeźbionej szafie z drewna orzechowego.

     Skarbiec sakralny nie mniej imponuje. "Arcykatolicka Austria" może się pochwalić niemożebną liczbą świętych relikwii. Kości, paznokcie, włosy, kawałki Krzyża Świętego, płótna i wiele innych z pieczołowitością zamknięto w kunsztownych pudełeczkach, które czasem tworzą całe komplety. Nie sposób wymienić nawet części skarbów Geistliche Schatzkammer, bo każdy przedmiot z osobna zasługuje na szczególną uwagę. Te wszystkie ornaty, pastorały, krzyże, laski, lichtarze, ołtarze, relikwiarze, naczynia liturgiczne.. Wspomnę więc tylko o jednym przedmiocie, który poruszył moje serce. Był to niewielki (jakieś czterdzieści centymetrów) relikwiarz Marii. Podstawę stanowi rzeźbiony kryształ górski ze srebrnymi zdobieniami. Wieńczy je biała muszla i puzderko z masy perłowej. Na puzderku wyryto Marię z dzieciątkiem. Przedmiot niewielki, ale bezpretensjonalny. Jednocześnie drogocenny i skromny. Idealny dla uczczenia Najświętszej Panienki.

Mittwoch, 25. April 2012

Tycjan

     Dawno nie odwiedziłam Kunsthistorisches Museum. Prawdę mówiąc, stęskniłam się. Ostatnim razem odbiłam się od drzwi, bo zapomniałam, że w poniedziałki jest zwyczajowo nieczynne. Ponowna okazja nadarzyła się dopiero dzisiaj i muszę przyznać, że warto było czekać.

     W końcu, po wielu przemeblowaniach otworzyli skrzydło z malarstwem włoskim. Zreorganizowana wystawa robi wrażenie. Składa się głównie z malarzy renesansowych, a na samym początku wita wchodzącego Tycjan. Mistrz Tycjan przez kilkadziesiąt lat był największym malarzem Wenecji. Przez swoje długie życie namalował mnóstwo obrazów. Być może na pierwszy rzut oka trudno docenić jego genialność, ale jeżeli porównać go z poprzednikami np. z rodziną Bellinich, od razu widać gigantyczny postęp. Nie tylko jeśli chodzi o wykorzystanie kolorów, z czego Tycjan słynął, lecz i kompozycję, modelunek postaci, nastrój obrazu wyniósł na wyższy poziom. Kojarzy się głównie z przedstawieniami mniej lub bardziej rozebranych kobiet, a niesłusznie, bo jego dorobek malarski jest gigantyczny. Jako oficjalny malarz Dożów weneckich malował wielkie, reprezentacyjne, monumentalne płótna do pałaców, kościołów i zakonów, portretował papieży, urzędników, pisarzy i kupców, stworzył wiele fresków (które niestety zabiła wilgoć wszędobylska w Wenecji), tworzył sceny religijne i mitologiczne o bardzo różnym charakterze.

     W KHM pokazują całkiem sporo jego obrazów. Na przykład jedna z wersji "Danae" (pozostałe są w Neapolu, Petersburgu i Madrycie), "Diana i Kallisto", liczne portrety pięknych kobiet. Co zabawne, nie dojrzałam tam nigdzie "tycjanowskich włosów", jak je do tej pory rozumiałam. Większość jego modelek to typowe blondynki. Ani śladu rudości, ani krztyny miedzianego połysku! Tylko "Cygańska Madonna" nie była blondynką, bo była brunetką. Paradoksalnie te wszystkie piękności nie przyciągnęły zanadto mojej uwagi. To znaczy, owszem, świetny rysunek, ujmujące, ciepłe kolory, doskonała kompozycja, nastrojowe tła, wyidealizowane kobiece piękno, ale... Może przeidealizowane? Albo jakieś takie niecharakterne. Sportretowane damy wydają się wiotkie, rozmemłane i bez wyrazu. Żadnych ostrych rysów, żadnego wyrazistego spojrzenia. Nawet w scenach pełnych emocji i dramatyzmu (jak np. samobójstwo) jego postacie nie wyrażają sobą niczego szczególnego. Podobne miny mają nadobne panienki na pikniku w parku. 

     Może portret Izabeli d'Este jest trochę inny. Ale w sumie ciężko malować własną patronkę bez ubrań i w rozpuszczonych włosach. Tycjan przedstawił ją jako pewną siebie kobietę, ubraną w kosztowny, wysmakowany strój. Mam tylko wrażenie, że Izabela ma, jakby to ująć, jedno oczko bardziej. Złośliwość artysty? Defekt urody sponsora? A może to moje jedno oczko bardziej?

     Obrazem, który naprawdę mi utkwił w pamięci był "Bravo". To jedna z najwcześniejszych prac Tycjana, bardzo jeszcze w charakterze podobna do jego przyjaciela-mistrza-współpracownika Giorgione. Oto widzimy jak jeden mężczyzna zaczepia drugiego, chwytając go od tyłu za ramię. Zaczepiony młodzieniec ogląda się za siebie. Ma długie blond włosy i wieniec z winorośli na głowie. Jego twarz wyraża zdziwienie, a ściągnięte brwi dodają jeszcze posmak irytacji czy wręcz oburzenia. Usta rozchylają się, jakby chciały zapytać: ktoś ty. Z twarzy wzrok przesuwa się na uścisk na ramieniu. Grubo ciosana dłoń natręta zamyka się zdecydowanie. Wydaje się uchwycona w pół ruchu, który zmusza mężczyznę do zatrzymania się. Potem wzrok schodzi po czerwonym drapowanym rękawie do drugiej dłoni, którą tytułowy bravo chowa za plecami. Widzimy tam rękojeść i domyślamy się już reszty miecza. Ponoć "bravo" znaczyło wtedy "zabójca". Pełni jego postaci dodaje czarny, błyszczący pancerz. Ledwo widzimy twarz napastnika. Schowana w cieniu zdaje się nic nie wyrażać. Niesamowity efekt kompozycyjny daje ręka młodziana w niebieskim rękawie, która odsuwa się z odrazą, symetrycznie do ręki brava. Uwaga koncentruje się przez to na geście zatrzymania. Wzrok uparcie wraca do ręki zabójcy. Widać nawet jak palce sięgają za kołnierz. Tak uporczywie eksponuje punkt styku obu mężczyzn, że niemal nie zauważamy, że delikatny, młody blondyn też już trzyma rękę na mieczu.


Mittwoch, 18. April 2012

Ephesos Museum

     Tak to jest jak się rozpieści kobietę. Po wszystkich cudownościach, jakie do tej pory widziałam, spodziewałam się po Muzeum Efezu zbliżonego poziomu doznań. A tu nic. 

     Muzeum Efezu gromadzi zbiory zebrane podczas wykopalisk austryjackich na Samotrace (1873, 1875) i w Efezie (z przerwami od 1895 do dziś), a przywiezione do Wiednia jeszcze przed pierwszą wojną światową. Obecnie muzeum ma siedzibę w Neue Burg, co nie do końca wyszło wystawie na dobre. Lapidarium (z nielicznymi wyjątkami trudno inaczej określić ten zbiór eksponatów) gubi się w pysznych pałacowych korytarzach i czasami nie wiadomo, o którą kolumnę się oprzeć, żeby nie wywołać alarmu. Gdyby podobne efekty wykorzystano w pomieszczeniach użytkowych, przyklasnęłabym z zachwytem. Przyszliśmy jednak do muzeum, aby oglądać wystawy, a nie żeby ich szukać.

     Pełno więc tu elementów architektonicznych: kapitele, potłuczone kolumny, kawałki fryzu, cała jedna ściana oktogonu. Poza tym rzeźby i płaskorzeźby z marmuru bez nosów i penisów lub części rzeźb, czyli nogi, ręce, głowy, stopy, bliżej niezydentyfikowane wycinki szat. Na eksponowanych miejscach stały dwa całe posągi. Pierwszy z brązu, przedstawiający atletę ze skrobaczką (skrobaczka się nie zachowała), drugi z marmuru ukazujący Artemidę Efeską. Od wizyty w Muzeum Pireusu poluję na greckie brązy, ale wiedeński atleta mnie nie zachwycił. Może to kwestia oświetlenia. Ciekawa za to była rekonstrukcja Efezu w formie makiety w skali 1:500. Zajmowała znaczącą część korytarza, można było na nią popatrzeć z ambony, dobrze opisana. Nieocenione źródło wiedzy geograficznej, w sytuacji gdy jeszcze nie zdecydowałam się na wyprawę do Efezu. 

     Nie mogę powiedzieć, że Ephesos Museum jest złe. Bo jest dobre. Można coś w nim zobaczyć i czegoś się w nim dowiedzieć. Zabrakło mi tylko iskry, wizji, rzeczy lub historii, która wzbudziłaby we mnie jakieś uczucia. Nawet będąc filologiem klasycznym, nie mogę oglądać na okrągło białych kamoli.


ps. Bzy i kasztany kwitną w Wiedniu na całego.

Montag, 16. April 2012

Museum für Völkerkunde

     Powrót do Wiednia po Świętach postanowiłam uczcić wyprawą. Świeże, soczyste liście rozwinęły się w pełni pod moją nieobecność i aż proszą oczy o uwagę. Niestety nieustająca mżawka i przenikliwy wiatr nie sprzyjają podróżom pod gołym niebem, więc wybrałam się do Hofburga i na chybił trafił weszłam w boczne drzwi. Los zaprowadził mnie tym sposobem do Museum für Völkerkunde, czyli po polsku do Muzeum Etnograficznego. Zwykły bilet kosztuje tam osiem euro, ale można tam wejść również na KHM Jahreskarte, z czego skwapliwie skorzystałam.

     Museum für Völkerkunde znajduje się w Neue Hofburg. Po przepchnięciu trzech par drzwi trafiamy do "Sali kolumnowej" - atrium jakby w całości rzeźbionego w  marmurze. Podłogę zdobi różowa mozaika, stopnie schodów są nieskazitelnie białe, siwe pasma zasnuwają płyty ścienne, kolumny natomiast obrosły ciemne sine żyły. Tuż pod szklanym dachem, przez który wpada dzienne światło, umieszczono malowidła z nieskromnymi kobietami. W pierwszej chwili stanęłam jak wryta oszołomiona eleganckim pięknem sali. Nieśmiało, powoli, chowając się za kolumnami, obeszłam ją dookoła, żeby przyzwyczaić się do przestrzeni. I nagle, zza balustrady drugiego piętra, spojrzały na mnie trzy konie. Martwe. Ale spojrzały. Słowo daję. Nie mam pojęcia, z jakiego powodu albo w jakim celu tam stały, ale stały i przypatrywały się wchodzącym gościom. Nie było mi niestety dane odgadnąć ich tajemnicy, ponieważ drugie piętro było tymczasowo zamknięte dla zwiedzających. 

     Po przetrawieniu pierwszego i drugiego wrażenia, ruszyłam do zwiedzania muzeum. Prawdę mówiąc, niewiele udostępnili eksponatów. W tej chwili można zobaczyć wystawy: "Naga - Schmuck und Asche" (aż się prosi, żeby przetłumaczyć "Naga - diament i popiół", ale bliższe prawdy byłoby "ozdoby i popioły"), "Wald/Baum/Mensch" (Las/Drzewo/Człowiek) oraz "Götterbilder" ("Przedstawienia bogów"). To tylko ułamek zbiorów, jakie posiada muzeum. Nie można na przykład zobaczyć słynnej szaty z piór Moctezumy, z której słynie wiedeńskie Museum für Völkerkunde, ani kijków rongorongo z Wyspy Wielkanocnej przywiezionych przez Jamesa Cooka. Z drugiej strony widać, że wystawy solidnie zaplanowali i zrealizowali. Każda daje pewną orientację w wybranym temacie bez uczucia przesytu typowego dla tego rodzaju muzeów.

     Najnudniejsza była zdecydowanie "Wald/Baum/Mensch". Eksponaty zaprezentowano w porządku tematycznym. Najpierw las jako miejsce straszne, dzikie, obce, niebezpieczne, pierwotne, siedziba groźnych barbarzyńców/bestii/demonów/bogów, miejsce odosobnienia lub inicjacji. Tu głównie sztuka plemion "pierwotnych", opowieści o trollach, czarownicach, smokach i jeszcze bardziej egzotycznych stworach. Następnie las oswojony, z którego można czerpać surowce (drewno, owoce, leki), matecznik udomowionych roślin i zwierząt, zapomniany kawałek raju, obiekt kultu. Czyli dostajemy przykłady zastosowań różnych rodzajów drewna, kauczuku, olejów, morwy, poza tym litanię "świętych drzew", europejskie przedstawienia polowań i plany parków w stylu angielskim. Na koniec las zagrożony, czyli "ratujmy lasy równikowe!". Sala poświęcona ekologii. Niby fajne, ale nie przekonuje.

     Interesująco przedstawiono religie Azji południowo-wschodniej na wystawie "Götterbilder". W niewielkiej sali i na ograniczonej liczbie eksponatów pokazano pokrótce najważniejsze cechy religii dalekowschodnich. Każdą gablotę poświęcono innemu państwu, uwzględniając jego własną specyfikę. Najwięcej miejsca zajęły oczywiście buddyzm i hinduizm w wielu odmianach, nie zabrakło taoizmu, konfucjanizmu i kultu przodków. Pokazano też mniej znane fenomeny religijne jak kult Ho Shi Minha w Wietnamie. Wyjątkowo zapadły mi w pamięć teatr kukiełkowy w wodzie z Korei i wielkie plastikowe oczopląsawiczne przedstawienia bogiń Kali i Dagi z Kalkuty. O ile tatrzyk wodny wyglądał uroczo, o tyle hinduski sposób przedstawiania bogów kojarzy mi się z odpustowym kiczem, ale wyjętym z koszmaru i podniesionym do potęgi n-tej.

     Bardzo wartościowa poznawczo i pobudzająca wyobraźnię okazała się wyprawa po Nagalandzie. Pagórkowaty Nagaland na pograniczu Indii i Birmy zamieszkują Nagowie. Wystawa skupiała się na pokazaniu historii i charakteru ich tożsamości narodowej. Jak się dowiedziałam, Nagowie to zbiór plemion, jeszcze niedawno (czyt. sto lat temu) bardzo zróżnicowanych i wrogo do siebie nastawionych. Łączyły ich uprawa ryżu, jedwabników, upodobanie do pięknych rzeczy i... łowienia głów. Ludzkich głów - żeby było jasne. 

     Nagowie mają charakterystyczne poczucie estetyki. Nosili (bo teraz ubierają się raczej z europejska) mnóstwo biżuterii z paciorków, kamieni, kości i muszli. Tkali przepiękne tkaniny na przepaski, suknie i płaszcze o wyrazistych, geometrycznych wzorach w mocnych kolorach: czerwonym, czarnym, żółtym. Trudnili się też rzeźbieniem w drewnie. Robili w ten sposób głównie przedmioty codziennego użytku, ale nie brak przedstawień ludzi. Sami mają skórę jak przyjemne, polerowane, brązowe drewno. Ich mężczyźni są umięśnieni, obwiązywali się szarfą, żeby uzyskać jak najwęższą talię. Ich kobiety mają miłe okrągłe twarze i długie czarne włosy. Dziś nie sposób dojść, kim byli Nagowie sprzed stu-stu pięćdziesięciu lat. W momencie, gdy do Nagalandu dotarły babtystyczne misje ze Stanów Zjednoczonych, błyskawicznie przyjęli chrześcijaństwo i porzucili większość swoich obyczajów. Wcześniejsze doniesienia o Nagach są niepewne i naznaczone uprzedzeniami brytyjskich lub francuskich podróżników. 

     Dzisiejsze "odrodzenie" kultury Naga trudno ocenić pod względem "wierności" tradycjom przodków. Nastąpił powrót do starych rzemiosł, ale nie mają już one takiej religijnej podkładki jak przed przybyciem misjonarzy. Miejsce "wielkiego bębna" (który miał swoje imię, płeć, a nawet osobowość i służył komunikacji na odległość) w centrum wioski zajął kościół (zazwyczaj baptystyczny, czasem katolicki). Odprawia się niektóre stare obrzędy przy wtórze hipnotycznych pieśni, ale raczej jako wyraz tożsamości kulturowej niż akt "wiary". Frapujący wydaje mi się problem przejścia od ich dawnej religii, określanej jako "animistyczna", do chrześcijaństwa. Podobnoż ich tradycyjna religia opierała się na poczuciu, że wszystko jest pełne boskiej mocy i stanowi doskonałą całość. Nie mieli w zwyczaju przedstawiać bogów i nie wytworzyli panteonów. Przejście na chrześcijaństwo odbyło się naprawdę błyskawicznie i właściwie bezboleśnie. Obecnie Nagowie uważają, że od zawsze byli chrześcijanami. Co, jak sugerują autorzy wystawy, jest po części prawdą, ponieważ przed chrześcijaństwem nie było właściwie Nagów. Byli Angami, Konyak, Phom, Mao, Rengma... czyli pojedyncze plemiona. Dziś spotykają się podczas wspólnych świąt religijnych oraz imprez państwowych, a motywy zdobnicze poszczególnych wspólnot stapiają się ze sobą w jedność.

     Jeszcze o tych głowach. To jest dla mnie coś naprawdę niesamowitego i aż się prosi o głębsze zbadanie. Nagowie najwyżej na świecie cenili sobie ozdoby. Nosili je podczas różnych uroczystości. Noszenie pewnych elementów stroju przynosiło prestiż i powodzenie u kobiet (dziwne, prawda?). Ale na takie ozdoby trzeba było sobie zasłużyć. Uprawnienia można było zdobyć dzięki wytężonej pracy i umiejętnościom czysto zagrodowym, ale najwięcej zaszczytu przynosił udział w wyprawie po głowy. Takie wyprawy urządzano raczej rzadko, tylko w przypadku większego kryzysu na skalę co najmniej wioski, ponieważ wiązało się z nimi ryzyko nie tylko utraty życia, lecz także zachwiania równowagi sił w świecie i zagniewania duchów. Mężczyźni zbierali się razem w jednym miejscu. Wkładali swoje niezwykle kolorowe stroje, nakrycia głowy ozdobione piórami i rogami, brali do ręki groźne dzidy i siekierki. Na plecach nieśli wiklinowe kosze, do których trafiały ścięte głowy. Oglądając bojowe stroje Nagów, z początku zachwyciłam się nimi. Zmyliły mnie radosne, czerwone i żółte przepaski. Dałam się zwieść imponującym hełmom. Dopiero, gdy na koszach zauważyłam przymocowane czaszki małp, szczurów lub ptaków i dojrzałam niepozorne, ale z pewnością zabójcze ostrza, zreflektowałam się, że nie idziemy na radosny festyn, lecz na wojnę. Groźnego obrazu dopełniają już zdobyte czaszki, które przyozdabiano drewnianymi rogami, skrzydłami i drewnianymi strużynami, wieszano w sznurach razem z motkami z pędów bambusa.


Mittwoch, 21. März 2012

W poszukiwaniu aniołów

     W najlepszym chyba swoim opowiadaniu "Panny z Wilka" przyrównuje Iwaszkiewicz jedną z bohaterek - Tunię, do "aniołów z obrazów Giorgione'a". Z miejsca zafascynowała mnie ta metafora. Bo co znaczy dla mnie odwołanie do malarza, jeżeli nie widziałam jego obrazów? Czytałam "Panny z Wilka" kilka lat temu, jednak w obliczu licznych tomów, które czekały jeszcze w kolejce, poszukiwania ikonograficzne odłożyłam na później. Akurat dzisiaj, wędrując (dość bezmyślnie, przyznaję) po Kunsthistorisches Museum, wzrok potknął mi się o tabliczkę "Giorgione". Czyżbym przypadkiem znalazła wyjaśnienie metafory?

     Kącik Giorgione'a znajduje się daleko, ukryty za całym malarstwem włoskim czy hiszpańskim, w bocznym, ciemnozielonym korytarzu, do którego tym bardziej trudno w tej chwili dotrzeć, bo niektóre sale poddano reorganizacji. Pierwszy obraz: "Laura". Młoda, okrągła na twarzy, czarnowłosa kobieta ubrana w czerwony płaszcz podbity futrem. Delikatnym gestem odsłania nagą bladoróżową pierś. Biała, półprzeźroczysta szarfa płynie przez jej ramię, przez dekolt i opada za piersią. Wzrok mimowolnie daje się porwać tej wstędze. Od mglistej piersi wędruje za materią w górę do pięknych, orzechowych oczu, które są najmocniejszym akcentem w całym przedstawieniu. I z powrotem. W tle widać gałęcie drzewa laurowego tak, że trudno powiedzieć, czy kobieta stoi przy nim, czy ono z niej wyrasta. Symbol zwycięstwa malarstwa? Dafne? Laura, Laura... Dyskusja z "Sonetami do Laury"? Chyba muszę wrócić do Petrarki.

     Pomimo wspaniałej urody Laura to nie anioł. Patrzę więc na następny portret. "Młody mężczyzna ze strzałą". Znawcy koniecznie chcą go z kimś utożsamić. A to z Erosem, a to ze świętym Sebastianem. Człowiek, którego widzę, to uroczy, świeży, ale wciąż chłopiec. Zamyślony, melancholijny. Krój ust i spojrzenie ma kobiece. Ile mógłby mieć lat? Nie sposób powiedzieć, bo jest to uroda uniwersalna, ponadczasowa, nieuchwytna. Niedbale trzyma strzałę, jakby zupełnie przypadkiem trafiła w jego ręce, jakby nie do końca wiedział, do czego służy albo była dla niego tylko zabawką. Przepiękną, rytmiczną kompozycję ma ten portret. Linie subtelnie się powtarzają, czerwona szata znajduje kontrapunkt w czerwonym zwieńczeniu strzały. Ginące w ciemnym tle brązowe loki chłopca nadają mu charakter zjawy ze snu.

     Pośrodku salki jeszcze jeden obraz. Tym razem większy. Trzech mężczyzn w plenerze. Tytuł: "Trzej filozofowie". Niech będzie, że filozofowie, chociaż mi przypominają trochę Mędrców ze Wschodu. I tak nikt nie jest w stanie stwierdzić, którzy mieliby to być filozofowie. Dobry rysunek, żywe barwy, ładny landszafcik w tle. Nie tego szukam.

     Po wyjściu z muzeum poszperałam trochę na temat Giorgione'a. Osiągnął wiek Chrystusowy (33 lata), po czym umarł. Jedynym obrazem, który na pewno dokończył i który podpisał, był obraz "Laury". Pozostałe są podejrzane o udział innych malarzy, na przykład Tycjana. W sumie historycy sztuki uznają, że Giorgione był autorem tylko sześciu obrazów, które przetrwały do dziś. Jak każdy artysta, który narobił szumu i umarł młodo, Giorgione obrósł legendą.

      A gdzie podziały się moje anioły? Nie było ich na żadnej reprodukcji, które znalazłam. Czy Iwaszkiewicz się pomylił? Czy widział jakiś obraz, który przypisuje się Giorgione, na którym przedstawiono anioły? Może chciał wskazać na "Laurę" i odwieczny spór między słowem a obrazem. A może miał na myśli anielsko pięknego młodzieńca ze strzałą? Ni to mężczyznę, ni kobietę, umieszczonego dla kaprysu poza tradycją pogańską i chrześcijańską? Muszę to jeszcze przemyśleć.


Samstag, 10. März 2012

Malarstwo niemieckie XV-XVI w.

     W przerwie między jakże fascynującymi zajęciami w stylu pranie i zakupy wybrałam się do Kunsthistorisches Museum. Tym razem wybrałam mroczniejsze skrzydło, gdzie mieszczą się prace malarzy niemieckich, holenderskich i flamandzkich. Ściany sal wystawowych są ciemnozielone lub granatowe, białe sklepienia wyjątkowo skromne, o gładkiej fakturze, ozdobione tylko delikatnymi srebrnymi liniami.

     Na wejściu sława i chwała niemieckiego malarstwa - Albrecht Dürer. Oczywiście nie on jeden dostał się do zaszczytnej pierwszej sali. Dürer na oko wydaje się najlepszy, ale można też zerknąć na Albrechta Altdorfera, Lucasów Cranachów (ojca i syna), Holbeina... Tematyka biblijna, trochę portretów, takie tam. Coś tu jakby perspektywa utyka, tam pan ma chyba za krótkie nóżki, gdzie indziej czyjeś ciało wygląda jak worek kartofli ubrany w obszerną szatę.  Altodrfer jakoś nie przypadł mi do gustu. Najbardziej eksponowane jego dzieło Lot und seine Töchter powstało na zamówienie pewnego kupca. Obraz jest ponoć pierwszym nagim aktem w malarstwie niemieckim i temat córek, które spiły ojca winem, aby podtrzymać ciągłość rodu, jest tylko pretekstem do pokazania kobiecego ciała. Obowiązkowo w tle widać płonące jeszcze Sodomę i Gomorę, a na pierwszym planie stary, zdziadziały Lot z głupawym uśmieszkiem ślini się do swojej własnej córki. Rzeczony kupiec, u którego wisiał obraz, zmarł w wyniku egzekucji po procesie o gwałt, nierząd i kazirodztwo. Urocze, prawda?

     Lucasów Cranachów trzymają w KHM mnóstwo (i nie tylko Lucasów, ród to był niezwykle płodny w malarzy). W końcu piastowali stanowisko oficjalnych malarzy dworu saksońskiego, malowali dla cesarzy, książąt i elektorów. Cranach Starszy czaruje scenami polowań. Jak już pisałam, perspektywę ma zdecydowanie nieperspektywiczną. Wyjętą jeszcze ze średniowiecza. Ale same postaci, dbałość o szczegóły, uczucie włożone w każdą namalowaną istotę sprawiają, że można oglądać te obrazy godzinami. Widać każdy etap polowania. Obławę na jelenie, pościg z psami, zapędzanie zwierzyny do rzeki i strzelanie z kuszy do osaczonych zwierząt. Sama śmietanka towarzyska ówczesnej Europy została tam sportretowana w roli świetnych myśliwych. Pod nogami uczestników piętrzą się zdobycze - ciała wspaniałych rogaczy. Nawet damy w otoczeniu świty znajdują rozrywkę w strzelaniu z kuszy. Wspaniałych jeleni wystarczy aż nadto, a Lascaux to przy tym pustynia. Gonitwa dynamiczna jak należy, władcy statyczni i dostojni jak należy.

     Zbliżonym bogactwem, choć mniejszą dynamiką, charakteryzuje się Das Paradies, czyli historia Adamy i Ewy w Raju. Na pierwszym planie Bóg przemawia do Adama i Ewy, w tle natomiast przedstawiono najważniejsze wydarzenia z początków świata, czyli stworzenie Adama, kuszenie Ewy, stworzenie Ewy z żebra Adama (Bóg Ewę dosłownie wyciąga z tego żebra), poznanie wstydu przez pierwszych ludzi i wygnanie z Raju. Das Paradies przypomina swojskie środkowoeuropejskie lasy, łąki i polany. Obfitość wszystkiego jest obfitością doskonale nam znaną: grusze, jabłonie, krzewy owocowe, pełno bażantów i przepiórek, brodzące bociany, łabędzie i czaple nad wodą, wierny pies u stóp ludzi, rącze konie i jelenie. Dokładnie na środku obrazu siedzą dwa niedźdzwiedzie, które wyglądają, jakby jeden drugiemu coś zawzięcie tłumaczył. Dokładność w liniach każdego listka, każdego włoska i piórka zachwyca mnie. Opowieść wymalowana przez Cranacha jest prosta i czytelna, chociaż nieliniowa.

     Fascynującym obrazem jest Judith mit dem Haupt des Holofernes. Oto mamy przed sobą kobietę, która uratowała miasto Betulię przed Asyryjczykami, udając się w nocy do obozu wrogów i podstępnie mordując ich przywódcę - Holofernesa. Przekradła się niepostrzeżenie do jego namiotu, zaproponowała mu sojusz. Wódz, zachwycony jej wdziękami, stracił czujność. Gdy zostali sami, Judyta mieczem odrąbała głowę Holofernesa i potajmnie wróciła do swojego miasta. Tymczasem na obrazie mamy do czynienia ze spokojną, dystyngowaną damą. Nosi na sobie wykwitne ubranie, fantazyjny czerwony kapelusik, usteczka ma zacięte, a oczy jakby ironicznie przymrużone. Trzyma w ręku prosty, jasny miecz. O dokonanym morderstwie świadczy ucięta głowa mężczyzny, której w pierwszym momencie nie dostrzegamy pochłonięci urodą kobiety. Judyta z satysfakcją i pewnością siebie położyła na niej rękę. "Patrzcie - mówi kobieta - zapamiętajcie i nie wchodźcie mi w drogę, bo skończycie jak ten tutaj". Drugie znaczenie obraz zyskuje, gdy umieścimy go kontekście historycznym. Cranach dobrze znał Lutra (jest też autorem jego portretu, który wylądował chyba we wszystkich podręcznikach historii) i Melanchtona. Ruch reformacyjny utożsamiał się z piękną, mądrą i odważną Judytą, która wybawiła niewinny lud przed niewolą. Gdy zestawić Holofernesa na przykład z papieżem albo katolickim cesarzem, reszta dopowiada się sama.

     Z kolei Holbein Młodszy ujął mnie portretem Jane Seymour. Ów pan trafił na dwór Henryka VIII i jest autorem najsłynniejszych portretów króla i kilku jego żon. Poza tym namalował również Cromwella, Erasma z Rotterdamu, Tomasza Morusa... W Kunsthistorisches jednak zatrzymałam się tylko przy Jane Seymour. Była trzecią z sześciu żon Henryka i matką jego jedynego męskiego potomka. Zastanawia mnie jej żywot. Była dwórką zarówno pierwszej jak i drugiej żony króla. Była też spokrewniona z Anną Boleyn. Z tego, co czytam, wynika, że nie wyróżniała się jakimiś szczególnymi zdolnościami. Cicha, spokojna, poukładana, niezbyt piękna, ale i niebrzydka. Co spowodowało, że król zwrócił na nią uwagę? Na obrazie przedstawiono ją w pięknym stroju uszytym z drogich materiałów przetykanych złotą nicią. Nosi złotą biżuterię ze szlachetnymi kamieniami, ale włosy zakrywa czepkiem. Stoi wyprostowana i dumna. Spogląda przed siebie stateczna, zamyślona, jakby smutna. Dłonie trzyma razem. Widać krótko przycięte paznokcie, które mogą wskazywać na jej biegłość w robótkach. Na jej grobie widnieje epitafium.


 Phoenix Jana iacet, nato Phoenice ; dolendum,
Secula Phoenices nulla tulisse duas.

     Czas na Dürera. Nie będę się rozpisywać o jego życiorysie, bo był bogaty, skomplikowany i każdy może sobie o nim poczytać, do czego zachęcam. Jego obrazy i grafiki zdradzają najwyższe mistrzostwo. Najistotniejszym epizodem dla jego pojęcia sztuki była wizyta we Włoszech. W wiedeńskiej galerii wisi na przykład portret Johannesa Klebergera stylizowany na rzymskie popiersia. Można również podziwiać portret uroczej weneckiej damy o blond włosach. Kobietę przedstawiono w ciepłej tonacji na czarnym tle. Wdzięcznie trzyma głowę delikatnie pochyloną do przodu. Złote fale otaczają jej twarz. W kompozycji dominują łagodne owale. Klejnocik! Obraz cieszy się taką popularnością, że w muzealnym sklepiku można kupić nawet kopię naszyjnika z czarnych kamieni i pereł, który nosi kobieta. 

     Najbardziej przykuł moją uwagę portret młodzieńca. Pradopodobnie był to syn bliżej nieznanego kupca, który chciał się dowartościować, zamawiając portret. W podobny sposób, jak w wypadku Wenecjanki, Dürer z czarnego tła wydobywa miękką, jasną i ciepłą postać. Łagodność przedstawienia wzmacniają rudoblond kędziory młodzieńca i jego puchowy jeszcze zarost. Podpinka z rudego lisa dopina całość. Niewinna młodość, która ufnie patrzy w przyszłość. Do portretu dołączono jednak ostrzeżenie. Po drugiej stronie obrazu Dürer namalował portret starej kobiety. Jest pomarszczona, siwa, szczerbata i ma obwisłe piersi. W rękach trzyma worek złotych monet. Memento mori?

Freitag, 2. März 2012

Trochę kultury

     Dziś miałam zamiar zapłacić za pokój, odnieść Meldezettel do właściwego urzędu, znaleźć koordynatora Erasmusa, porozmawiać z nim o problemach z zapisem na zajęcia oraz wyrobić sobie legitymację Erasmus Student Network. Oczywiście nic mi się nie udało zrobić. Pan portier powiedział, że nie ma papieru w drukarce i żebym przyszła do niego w poniedziałek, wszelkie biura mają w zwyczaju być czynne w piątek tylko przez krótką chwilę (jak dla mnie zbyt krótką), a dyżury osób związanych z Erasmusem wypadają jakoś tak dziwnie wyłącznie w poniedziałki lub czwartki. Cóż, co masz zrobić dziś, zrób w przyszłym tygodniu... Korzystając z okazji, rozpoczęłam kulturalne zwiedzanie stolicy Austrii.

     Moim pierwszym celem jest oczywiście Kunsthistorisches Museum (KHM). Jest to jedno z najstarszych muzeów na świecie i od początku mieści się w budynku specjalnie do tego celu zaprojektowanym i zbudowanym. Gromadzi unikalne zbiory cesarskiej rodziny Habsburgów, obrazując potęgę i bogactwo ich państwa.

     Budynek KHM powstał w drugiej połowie XIX wieku i sam w sobie zasługuje na miano perły. Chyba żadne inne muzeum nie może się poszczycić równym przepychem: rozmach architektoniczny, bogate neobarokowe zdobienia, rzeźby klasycystyczne w korytarzach i freski autorstwa Klimta na sufitach. Każdą salę wykończono stosownie do zawartości, którą prezentuje. Największe wrażenie robi chyba część egipska. Na ścianach widnieją sceny znane z grobowców faraonów. Integralnym elementem konstrukcji są gigantyczne kolumny w stylu egipskim przywiezione prosto z kraju nad Nilem w darze cesarzowi. Zbiory muzeum obejmują sztukę starożytną (głównie Egipt i Rzym), malarstwo europejskie, zazwyczaj renesansowe i barokowe, oraz monety. Poza tym administracyjnie KHM podlega parę innych instytucji, ale o tym innym razem. KHM wręcz olśniewa blaskiem nazwisk. Całe pierwsze piętro zajmują obrazy. Po jednej stronie Hiszpanie, Francuzi i Włosi, po drugiej Niemcy, Flamandowie i Holendrzy. Tyle słynnych osobistości, że nie ma sensu ich nawet wymieniać. Od nadmiaru dobroci aż kręci się w głowie.

     Nie sposób obejść całego muzeum bez uczucia przesytu. Trzeba więc podejść do niego sposobem. A sposób ten nazywa się Jahreskarte - roczny, imienny bilet wstępu do wszystkich oddziałów KHM, który kosztuje tylko 29 euro. Uprawnia do nieograniczonej liczby wejść na nieograniczoną ilość czasu. Dzięki temu, mogę swobodnie oglądać wystawy, kiedy tylko zechcę i będę miała wolną chwilę. Mam zamiar przygotować zawczasu każdą wyprawę i poświęcić się zawsze tylko pewnej części całego bogactwa muzeum. Drobnymi porcjami być może zdołam przeżyć ów zbiór tak, jak na to zasługuje.

     Dziś przywitałam się z jednym mistrzem. Dziwnym trafem jego obrazy były jedynymi, które zapamiętałam z ostatniej wizyty w Wiedniu, postanowiłam więc sprawdzić, dlaczego tak mocno utkwiły mi w pamięci. Był nim Velazquez, nadworny malarz władcy hiszpańskiego Filipa IV. Znany głównie z obrazu Las Meninas. W Wiedniu wisi kilka jego portretów, które przywędrowały tu w charakterze załącznika do umowy matrymonialnej. Między innymi poważna infanta Maria Teresa z dwoma (!) zegarkami oraz jej młodsza siostra infanta Margarita w trzech wersjach (trzech, pięciu i ośmiu lat). Portrety w jakiś magiczny sposób przyciągają uwagę widza. Może to kwestia plastyczności stylu? Może to zacięcie Velazqueza do podkreślania indywidualnych cech swoich modeli? Może to melancholijne spojrzenie trzyletniej Margarity, która od niemowlęcia była zaręczona ze swoim wujem i jednocześnie stryjecznym bratem Leopoldem I? Pucułowate dziecięce policzki i miękkie blond włoski nie pasują do sztywnego, bogatego stroju dziewczynki. Malarz oddał całą postać w ciepłej tonacji i rozmytych konturach, jakby starał się zatuszować dysonans. Siedziałam i patrzyłam zauroczona. Velazquez ponad trzysta pięćdziesiąt lat po swojej śmierci nadal zastanawia.