Posts mit dem Label muzeum werden angezeigt. Alle Posts anzeigen
Posts mit dem Label muzeum werden angezeigt. Alle Posts anzeigen

Sonntag, 8. Juli 2012

Leopold Museum I

     Leopold Museum zawdzięcza swoje zbiory, podobnie jak Albertina, parze austriackich kolekcjonerów. Rudolf Leopold po swojej pierwszej wizycie w Kunsthistorisches Museum doznał olśnienia i zaczął skupywać obrazy w okolicach lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Interesował się szczególnie Schielem i być może dzięki niemu zauważono tego oryginalnego malarza. W latach dziewięćdziesiątych państwo austriackie kupiło od Leopoldów całą kolekcję za jedną trzecią ceny (co i tak daje grube miliony dolarów) i przy okazji ofiarowało Rudolfowi dożywotnio funkcję dyrektora nowo powstałego muzeum. Leopold Museum znalazło siedzibę w kremowym klocku wewnątrz kompleksu Museumsquartier otwartym w 2001 roku.

     O ile od zewnątrz budynek pasuje do otoczenia jak pięść do nosa lub jak młot do firanki, o tyle w środku zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Przede wszystkim moje serce już na wejściu podbiła* doskonale działająca klimatyzacja! Poza tym muzeum wydaje się jakby wyciosane z jednego kawałka kremowego marmuru. Forma prosta, kąty proste i proste linie. Szlachetność i surowość otoczenia pozwala skupić się na wystawach, które zaiste wymagają szczególnej uwagi. Leopold Museum chwali się ponad pięcioma tysiącami prac, głównie austriackich malarzy z dwudziestego wieku.

     Podczas naszej wizyty na pierwszy rzut poszedł Klimt. Bo to rok Klimta i Klimta wystawiają teraz wszędzie i wszystko. U Leopoldów akurat zorganizowano obszerną wystawę pod tytułem "Klimt osobiście". Przyglądaliśmy się bliżej biografii malarza, która może nie obfitowała w nagłe zwroty akcji, ale była dość interesująca. Po pierwsze rzucają się w oczy stosy kartek, listów i pocztówek wysłanych przez Gustawa do jego "towarzyszki życia" - Emilii Flöge. Częstotliwością wysyłania wiadomości mógłby zawstydzić niejednego namiętnego esemesarza. Pisał jej o wszystkim: że mu dobrze, że mu źle, że tęskni, że się nudzi, że się dobrze bawi, że był na wystawie, że poznał tego a tego, ale go nie lubi, że cośtam... Po prostu wszystko. Żeby było ciekawiej, Emilia była siostrą żony brata Gustawa. Związek Heleny Flöge i Ernsta Klimta nie trwał zbyt długo, ze względu na śmierć mężczyzny w rok po ślubie. Za to bliska zażyłość Gustawa i Emilii przetrwała dwadzieścia siedem lat (zakończona również śmiercią mężczyzny). 

Para nigdy się nie pobrała, nie mieli wpólnego potomstwa. Klimt mieszkał przez całe życie w jednym domu z matką i siostrami. Miał szóstkę dzieci, które uznawał, z trzema różnymi kobietami. Jak na artystę jego poczucie ojcostwa było nader rozwinięte. Przyznał się do wszystkich, posyłał swoim dzieciom fundusze na utrzymanie, czasem je odwiedzał i rysował, listownie dopytywał o zdrowie. Publicznie malarz pokazywał się jednak wyłącznie z paniami Flöge. Razem pracowali przy domu mody "Siostry Flöge", wyjeżdżali na wakacje w góry, promowali sztukę użytkową, feminizm i luźne stroje bez gorsetów. Ach! Jaka szkoda, że siostry zniszczyły wszystkie swoje listy do Gustawa! Jakaż byłaby to uczta dla łowców plotek i ploteczek! Korespondencja samego centrum towarzyskiego Wiednia z przełomu wieków. 

     Bo trzeba wiedzieć, że Klimt wywołał swego czasu poważny skandal i dyskusję na temat sztuki i praw artysty. Gustaw i Ernest Klimtowie do spółki z Franciszkiem Matschem założyli spółkę: Künstler-Compagnie. Pracowali w ramach swojej kompanii jako wysoko wykwalifikowani malarze pokojowi... To znaczy realizowali duże zamówienia takie jak malowidła ścienne i sufitowe: Kunsthistorisches Museum, teatr w Karlsbadzie, Burgtheater, Hermesvilla. W 1894 roku dostali zlecenie (już bez Ernesta) na obrazy zdobiące sufit Uniwersytetu Wiedeńskiego symbolizujące poszczególne wydziały. Klimt namalował "Philosophie", "Medizin" i "Jurisprudenz". Stylistycznie byy to obrazy typowe dla niego.  Esowate linie, postacie nagie lub spowite w fantasmagoryczne tkaniny, lekko iniryczny nastrój. Jeżeli jednak chodzi o ujęcie tematu, spotkał się z ostrą krytyką. Profesorowie uniwersyteccy nie potrafili przeżyć tego, że Klimt zburzył koturnowość ich dziedzin i przedstawił także ich ciemne, brzydkie i zupełnie nieidealne strony. Na "naukach prawa" na przykład w centrum znajduje się winowajca opanowany przez wyrzuty sumienia w postaci czegoś w rodzaju ośmiornicy. Otaczają go też Furie w postaci pięknych kobiet. Prawo i kara stoją natomiast gdzieś daleko w górze, jakby w zupełnie innym wymiarze. Takiego lekceważenia litery prawa przecież żaden prawnik nie odpuści!

    Oryginały z Uniwersytetu nie przetrwały niestety wojny. Znane są teraz ze wstępnych szkiców Klimta i czarnobiałych fotografii. Uśmiecham się pod nosem na myśl, że niegdyś uznano je za skandalizujące. Ludzie sprzed stu lat stwierdzili, że są moralnie szkodliwe, że niszczą porządek świata. Odmówili artystom prawa do własnych, niezgodnych z obowiązującą normą, interpretacji. Dziś obrazy Fakultetów nie są w stanie szokować. Przedstawienia nie są brzydkie, nawet coś przedstawiają, mają wyraźne, całkiem sensowne, przesłanie. Czegóż chcieć więcej?

     Zrażony Klimt nigdy więcej nie przyjął państwowego zamówienia. Mimo to nie mógł narzekać na biedę. Za jeden ze swoich pejzaży (bodajże za "Dużą topolę") dostał ośmiokrotność rocznej pensji typowej nauczycielki z tamtych czasów. A trzeba wiedzieć, że w tym samym czasie skończył trzy inne pejzaże, dalsze trzy rozpoczął. Mógłby sobie za to kupić pałacyk z wyposażeniem.  W jego czasach nikt nie przebił tych cen.



* Trzeba tu mieć na uwadze kontekst wydarzeń. W Wiedniu temperatura już od jakichś trzech tygodni standardowo osiąga co najmniej 30'C w cieniu...

Sonntag, 1. Juli 2012

Schatzkammer

     Schatzkammer - Skarbiec. Ukryty w głębi pałacu cesarskiego przechowuje drogocenne pamiątki domu Habsburgów. Drogocenne zarówno z powodu materiałów, maestrii wykonania, jak i historii, która się z nimi łączy. Takiego skarbca z pewnością nie powstydziłby się największy nawet bogacz z baśni tysiąca i jednej nocy.

     Skarby podzielono na dwie części: świecką i kościelną, co odzwierciedla rozległe ambicje Habsburgów. W pierwszej kolejności trafiamy na insygnia cesarskie wyjątkowej urody: koronę, berło i jabłko. Koronę zrobił z czystego złota Jan Vermeyer w 1602 roku specjalnie dla Rudolfa II. Najpierw służyła jako korona Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, potem jako korona Cesarstwa Austrii. Zachwyca. Po prostu zachwyca. Diadem królewski z ośmioma liliami, ośmioma diamentami, z rzędami pereł, czerwonymi senelami i potężnym rubinem z przodu. Mitra, symbolizująca władzę duchową, z czterema reliefami w złocie, które przedstawiają osiągnięcia Rudolfa. Reliefy obramowują pasy białej emalii z kwiatami i ptakami o delikatnym rysunku. To zestawienie białego tła i kolorowych, eleganckich, giętkich kształtów można później znaleźć w wielu miejscach w Wiedniu jak choćby na suficie Kunsthistorisches Museum. W końcu kabłąk cesarski zwieńczony krzyżem i szmaragdem o nieziemskiej błękitnej barwie. Bogactwo i harmonia, przepych i lekkość, kunsztowność wykonania, drogocenność materiałów, przemyślana symbolika najdrobniejszego nawet elementu.

     Podobnie pozostałe przedmioty wykonane później do kompletu przez Andreasa Osenbrucka gdzieś między 1612 a 1615. Nie mogłam się napatrzeć na wdzięczne, koronkowe zwieńczenie berła o rączce z rogu jednorożca (czyt. narwala). Majstersztyk, cudeńko!

     Gdy tylko oderwie się wzrok od gabloty z najcenniejszą koroną na świecie, trafia się na cesarza Franciszka I. Jego piorunujące spojrzenie z miejsca wbija w podłogę. Friedrich von Amerling namalował Franciszka w stroju cesarskim z insygniami. Pysznią się purpura, brokat i jedwabie rękami najlepszych rzemieślników pieszczone. Marmury w tle błyszczą jak lustro. A cesarz ma twarz spokojną, poważną, skupioną. Patrzy na widza z lekko ściągniętymi brwiami. Twarz zdobią mu zmarszczki szlachetne i surowość. Ta niesamowita twarz pasuje bardziej do mnicha lub proroka. Nieubłaganie ściąga uwagę, pomimo tylu wspaniałości wokół. Nigdy nie zapomnę tych stalowoszarych oczu.

     Dalej przechodzimy wśród paradnych szat Orderu Złotego Runa, Orderu Żelaznej Korony, spotykamy złoty ornat elektora czeskiego, purpurowy, węgierski strój koronacyjny i niebieski Lombardo-Wenecji. W półmroku wystawiono sztandary, proporce i laski heroldów jeszcze z czasów króla niemieckiego Rudolfa (XIII w.). Cesarskie dzieci chrzczą w najdelikatniejszym, białym jedwabiu wyszywanym perłami i złotą nicią. Cesarz spożywa jajko na twardo ze złotej podstawki w kształcie drzewa oliwnego, pod którym odpoczywają pasterz i jego dwa psy. Cesarzowa trzyma perfumy w naczyniu wyrzeźbionym ze szmaragdu o dwóch tysiącach karatów. Białe opale o magicznym blasku wprawiono w jej biżuterię. Paradny miecz cesarski ma rękojeść i pochwę wykonane z rogu jednorożca. Zwieńcza go urokliwy ametyst. Wśród skarbów cesarskich można też znaleźć sporą misę wyrzeźbioną z jednego mleczno-kawowego agatu, którą wykonano gdzieś w mrokach antyku po to, żeby po złupieniu Konstantynopola niewiadomymi drogami trafić do Habsburgów. Powiadają, że ta właśnie misa jest Świętym Graalem. Trumny cesarskie ukryte w kryptach Kościoła Kapucynów, zamknięto na złote klucze, które trzyma się w rzeźbionej szafie z drewna orzechowego.

     Skarbiec sakralny nie mniej imponuje. "Arcykatolicka Austria" może się pochwalić niemożebną liczbą świętych relikwii. Kości, paznokcie, włosy, kawałki Krzyża Świętego, płótna i wiele innych z pieczołowitością zamknięto w kunsztownych pudełeczkach, które czasem tworzą całe komplety. Nie sposób wymienić nawet części skarbów Geistliche Schatzkammer, bo każdy przedmiot z osobna zasługuje na szczególną uwagę. Te wszystkie ornaty, pastorały, krzyże, laski, lichtarze, ołtarze, relikwiarze, naczynia liturgiczne.. Wspomnę więc tylko o jednym przedmiocie, który poruszył moje serce. Był to niewielki (jakieś czterdzieści centymetrów) relikwiarz Marii. Podstawę stanowi rzeźbiony kryształ górski ze srebrnymi zdobieniami. Wieńczy je biała muszla i puzderko z masy perłowej. Na puzderku wyryto Marię z dzieciątkiem. Przedmiot niewielki, ale bezpretensjonalny. Jednocześnie drogocenny i skromny. Idealny dla uczczenia Najświętszej Panienki.

Sonntag, 24. Juni 2012

Anselm Kiefer

     Wiedeńska galeria Albertina oferuje tak bogatą kolekcję obrazów, że nie sposób przetrawić ich wszystkich za jednym podejściem. Po ostatniej wizycie został mi jeszcze stos notatek z serii "na później", a wśród nich zapisane tajemnicze nazwisko Kiefer. Przy pierwszych oględzinach, żadnych skojarzeń. Ale gdy tylko odnalazłam pierwszą reprodukcję jego obrazu, przypomniałam sobie wszystko.

     Prace Anselma Kiefera zapadły mi w pamięć jako jedyne z całej wystawy "Gerchard Richter bis Maria Lessing". Dlaczego? Trudno powiedzieć. Tak jak u wielu współczesnych twórców, widać u niego poszukiwanie odpowiedniej formy, eksperymenty z techniką, bla, bla, bla... Ale już nie raz przecież widziało się pionierskie prace genialnych ahtistów, które potrafiły wywołać u odbiorcy tylko wzruszenie ramion (o ile cokolwiek). Jednak Kiefer czymś przykuwa uwagę, czymś zatrzymuje i hipnotyzuje. I to jest bardzo niepokojące coś. Kolorów trzyma się popielnych i rdzawych. Dodaje czasem płótno, gałązki, ołowiane odlewy. Smaruje karton szelakiem i przykleja rudy piasek. Jego obrazy wyraźnie i dosłownie odstają. Przypomina to trochę prace Hasiora. Nawet w nastroju jest im bliski, chociaż Hasior zamiast modelować masę sklejał z gotowych elementów. Można stać i patrzeć, podziwiając jednocześnie spójność i różnorodność elementów, harmonie i dysharmonie wizji. I gdy tak stoisz przed obrazem, nie możesz pozbyć się przekonania, że coś się za nim kryje. Nie masz pojęcia co, ale myśli nie dają za wygraną. 

     Tytuł nic mi z początku nie powiedział. Przed oczami miałam przerdzewiały  statek na szarym, niespokojnym morzu. W górze, równie niespokojne - niebo. W międzyczasie konstrukcje geometryczne z jasnego sznurka. W górnej części obrazu, mniej więcej pośrodku hasło "Merkaba". Dopiero niedawno otworzyło przede mną wrota dotąd zamknięte i odsłoniło obszary niezbadane. Bo termin ten wywodzi się z... kabały. Czyżbym znalazła klucz do odczytania Kiefera?

     Markaba znaczy rydwan. Boski rydwan z czterema aniołami o czterech twarzach. Konstrukcja pełna energii, w ciągłym ruchu, którą widział prorok Ezechiel. Poza tym istnieje cała kabała merkawy nacechowana mistycznie, która rozwijała się w pierwszych wiekach naszej ery. Rozumiem więc, że sznurkowe konstrukcje z obrazu Kiefera są geometrycznymi przedstawieniami boskiego rydwanu. Ale co ma rydwan do łódki? Czy to znaczy, że zamieniamy nośnik wizji mistycznych z rydwanu na łódkę? A może uznajemy merkabę za symbol czterech żywiołów i w obrazie znajdujemy metaforę ludzkiego życia w jedności ze światem? A może to przedstawienie tankowca, który płynie przez Atlantyk? A może...

     A może lepiej nie kombinować, tylko sobie popatrzeć? 

Sonntag, 10. Juni 2012

Jak się żyje w rodzinie cesarskiej

     Pamiętacie opowieść o Marii Krystynie i Albercie? Wielka, spełniona miłość aż po grób i jeszcze dalej. Trzeba przyznać, że para miała szczęście. Udało im się pobrać, uciec z rewolucyjnej Francji, zajmować tym, co kochali najbardziej, czyli sztuką. A w prezencie od matki - cesarzowej Marii Teresy, dostali wygodne i w pełni urządzone gniazdko. Można je dziś oglądać jako część muzeum Albertina (Die habsburgische Prunkräume). Co prawda z oryginalnego wystroju z czasów Marii Krystyny i Alberta zostało niewiele, ale sądzę, że możemy przymknąć na to oko.

     W porównaniu do pokoi cesarskich w Hofburgu lub Schönbrunnie, Albertina prezentuje się lekko i przytulnie. Ale to wcale nie znaczy, że z mniejszym przepychem. Całe korytarze i klatki schodowe wyłożono marmurami. Obok bieli królują delikatne, pastelowe róże i żółcie. Obowiązkowe lustra odbijają światło z ogromnych, kryształowych kandelabrów. Na ścianach wiszą portrety rodzinne oraz szkice mistrzów pokroju Dürera, Michała Anioła i Rafaela. 

     Najbardziej reprezentacyjna "Sala Muz" zawiera dziesięć figur naturalnej wielkości z piaskowca imitującego marmur. Rzeźby, autorstwa Józefa Kliebera, przedstawiają oczywiście Muzy i Apollona Muzagetesa. W klasycystycznym stylu udało się pokazać indywidualny charakter każdej z bogiń. Każda z nich jest oczywiście skończenie doskonała, ale każda na swój sposób. O Apollonie nie wspominając. Ściany i pilastry wykonano z marmuru, niczym nadzwyczajnym są złocenia detali architektonicznych. W tak pysznej sali urządzano uroczyste posiłki, koncerty i bale.

     Pozostałe pokoje mają zazwyczaj ściany obite jedwabnymi tkaninami i parkiety zrobione z drewna cytrusowego, mahoniu, palisandru. Drugim wyjątkiem jest tu "Złoty Gabinet". Ściany niewielkiego pokoiku, idealnego do prowadznia poufnych rozmów i gierek, pokryto złotą folią, a dla wzmocnienia efektu na każdej ścianie umieszczono olbrzymie lustro. Efekt po zamknięciu drzwi musiał być niesamowity, gdy rozmówców z czterech stron otaczały lustra.

     Prawdziwe cudeńka umieszczono na ścianach "Gabinetu Wedgwoodowego". W drewniane, malowane obicie pokoju wprawiono płytki z porcelany od Wedgwooda. Piękny niebieski kolor tła zachwyca, a białe postacie o miękkim modelunku przywodzą na myśl starożytne kamee.

     Kustosze Albertiny zwracają jeszcze uwagę na meble z wiedeńskiej manufaktury Danhausera. Rzeczywiście warto je obejrzeć. Nie przytłaczają wymyślną formą czy pysznym wykończeniem. Charakteryzują się przede wszystkim funkcjonalnością i finezyjnymi, subtelnymi zdobieniami. Najwyższej jakości przykłady kunsztu i artyzmu rzemieślniczego.

     W Albertinie żyli różni członkowie rodziny cesarskiej. Przewinęli się tu arcyksiążęta Karol i Fryderyk z żonami, Alfons XII Burbon z matką. Po rozpadzie cesarstwa Habsburgowie wywieźli z pałacu wszelkie ruchomości, a pokoje służyły za sale wystawowe, biblioteki i biura. Trzeba przyznać, że niemało pieniędzy, czasu i  determinacji wykazali Austriacy, żeby znaleźć i wykupić oryginalne cesarskie wyposażenie i żeby odrestaurować apartamenty. Otwarcie nastąpiło niedawno, bo dopiero w 2007 roku. Efekt robi wrażenie.


Samstag, 9. Juni 2012

Albertina bis II

     Bardzo interesującym twórcą, któremu poświęcono całą salę w Albertinie, jest Paul Klee. Pierwszy rzut oka na salę wywołał u mnie skrzywienie. "Znowu jakiś ahtista" - pomyślałam. I jakkolwiek prace Kleego są kwintesencją sztuki współczesnej, mają w sobie również ponadczasową iskrę. Prace zebrane w Wiedniu to różne eksperymentalne obrazki wykonane mieszanymi technikami: szkice ołówkiem i kredkami, akwarele, litografie, farba olejna... Eksperymenty nie ograniczają się tylko do techniki wykonania. Łączenie kolorów w różnych konfiguracjach, wprowadzanie tekstu do obrazu, schematyzacja rzeczywistości na modłę a to surrealistyczną, a to kubistyczną, a jeszcze kiedy indziej abstrakcjonistyczną. Rozpiętość stylistyczna Kleego rysuje się naprawdę imponująco i nie ma sensu przyklejać mu tysiąca etykietek. Przy okazji każde, nawet najmniejsze dziełko wymalowane kredkami na papierze pakowym, niesie skondensowany ładunek emocjonalny. Coś jak szczypta soli lub wisienka na szczycie tortu. Nie zawsze mogę powiedzieć, że dany obraz Kleego podoba mi się, ale nawet wtedy w magiczny sposób przyciąga wzrok i intryguje. Wciąga w bogaty świat wyobraźni autora.

     Podobną potęgę wyobraźni widać u Chagalla. Ów człowiek mógłby z radością zilustrować "Sklepy cynamonowe". Styl ludowy, primitywny, ale pełen zaskakujących szczegółów. Postaci mają krzywe nogi i zachwiane proporcje, budynki krzywią się w perspektywie na wszystkie strony. Sztafaż podwórkowo-rolniczy został ozdobiony odrealnionymi elementami: półprzeźroczystą kurą, lewitującym wozem, który wyrasta z chaty, aniołami. Wszystko to widać na przykład w "Latawcu". Na obrazie widać zupełnie dorosłego mężczyznę, który z dachu szopki puszcza latawca. W dole widać podwórze ze zwierzętami, w tle drewniane domy, drugiego człowieka na dachu i trzeciego idącego z laską. Dominuje kolor niebieski, co wynosi atmosferę sceny poza rzeczywistość. Wszystko płynie i nawet trawnik układa się w wielką rybę. Przedstawienie byłoby nawet radosne, gdyby nie szare, niepokojące niebo. Prawda, że żywcem wyjęte z Schulza?

     Uwagę zwróciło jeszcze kilka drobiazgów. Na przykład abstrakcyjne obrazy Franciszka Kupki. Wyglądały zupełnie jak ćwiczenie na bryły. Mogłabym nawet powiesić jeden z jego obrazów w salonie ze względu na ładne kolory. Szczególnie taki, który wyglądał jak bardzo dziwne organy. Piszczałki były białe i wysokie z obręczami w różnych odcieniach niebieskiego i zielonego. Ładne to było. 

     Podobał mi  się też "New York - East River" Wilhelma Thönego. Całość tonie w błękicie, tylko niektóre elementy są pociągnięte biało lub czerwono. Mistrzowskie operowanie szczegółem zachwyciło mnie od pierwszego wejrzenia. Ujętych w czarną farbę detali jest niewiele, raczej sugerują szczegół niż go przedstawiają, ale to właśnie w nich ujmuje najbardziej. Odpowiednio rozmieszczone na obrazie precyzyjnie kierują uwagą widza. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wśród dzisiejszych rysowników tabletowych widziałam podobne zabiegi.

     Świetną pracą jest "Friede" Giacomettiego. Płótno pokryto niedokładnie sporymi, różnobarwnymi plamami. Z bliska wygląda to jak nieskoordynowane ciapy, ze średniej odległości zaczyna przypomina wydzieranki z przedszkola i dopiero z daleka oczom ukazują się cztery dziewczęta. Siedzą  w kolorowych sukniach, z kwiatami we włosach i pochylają się nad czarnym ptakiem, którego trzyma jedna z nich. Urocze.

Trafiłam też na ukochanego Magritte'a. Uwielbiam go za arcyrealistycznie namalowe przedmioty umieszczone w bardzo nierealistycznych zestawieniach. "Die verwunschene Gegend" przedstawia dwa zielone jabłuszka w maskach, które radośnie zmierzają z oddali w naszym kierunku. Idą od strony morza, po piasku, w tle oczywiście błękitne niebo z delikatnymi, białymi, pierzastymi chmurkami. Po prawej od jabłuszek, oddzielone bladofioletową zasłoną stoją dwa drzewa. Chociaż właściwie jedno już nie stoi, bo został po nim tylko pień. Co ciekawe, samo trzyma korzeniem siekierę. Drugie drzewo kryje w sobie skrytki. W najniższej widać domek, w środkowej piłkę (a w każdym razie biały, kulisty przedmiot), a najwyższa pozostaje zakryta. Propozycje interpretacji?

      Nie napisałam jeszcze nic o Picassie, którego parę obrazów i talerzy wystawili na koniec. Ale wiecie co? Nie chce mi się. Doceniam kunszt tego pana (jego tradycyjne szkice są zaiste powalające) i potrafię ogarnąć myślą jego teorie. Ale jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?

      Podróż po wystawie trwała niesamowicie długo. O każdym z obrazów, które tam były, możnaby napisać książkę. Może nie wszystkie podobały mi się, ale z pewnością znalazłyby swoich fanów. Sam fakt, że znalazły się w kolekcji Batlinerów o tym świadczy. Albertina zaserwowała mi po raz kolejny potężną dawkę emocji, z którą jeszcze długo będę się przegryzać.


Mittwoch, 6. Juni 2012

Albertina bis I

     Długo się wahałam, czy po raz kolejny pójść do Albertiny. Co prawda pierwsza wizyta była przeżyciem zapadającym głęboko w pamięć, ale z drugiej strony bilety za wstęp nie należą do najtańszych. Po namyśle stwierdziłam, że nie mogę mojego towarzysza Bartłomieja, filozfa analitycznego żądnego wrażeń estetycznych, wypuścić z Wiednia bez wizyty w największej wiedeńskiej świątyni sztuki. Poprzednim razem odwiedziłam tylko wystawę czasową. Tym razem nie dość, że wystawy stałe w końcu otworzono, to jeszcze czasówka zmieniła się dość radykalnie. Oto co zobaczyliśmy z Bartkiem.

     Pierwsza część ekspozycji, czyli "Monet bis Picasso", jest kolekcją przekazaną Albertinie przez małżeństwo Batlinerów. Zawiera prace malarzy "modernistycznych". To znaczy począwszy od impresjonistów, przez ekspresjonistów, fowistów, prymitywistów, kubistów, aż do abstrakcjonistów i surrealistów. I licho wie, co jeszcze. Zbiory zapełniają szczelnie aż szesnaście sal i niemal w każdej można znaleźć coś interesującego.

     Na początku raczej nuda. Kolejne "Nenufary" Moneta, jakiś Cezanne, jakiś Renoir. Znowu angielski import Sisley i tym podobne satelity impresjonistów. Czasem trafiamy na coś nowego i interesującego zarazem. Znajdujemy Kazimierza Malewicza - istotnego awagardzistę rosyjskiego, autora słynnego "Czarnego kwadratu na białym tle". Okazuje się, że artysta, oprócz czarnych figur geometrycznych, potrafił namalować także bardzo impresjonistyczne landszafciki typu "Brzezina" lub nieco abstrakcjonistyczne kompozycje, jak na przykład "Mann in suprematischer Landschaft". I nie żałował farby. Góry i wąwozy farby olejnej przewalają się nawet przez najmniejsze płócienko.

     Odkryciem był Kees van Dongen i jego "Kobieta z niebieskimi oczami". Oczy portretowanej kobiety są tak wielkie i niebieskie, że można na nich odlecieć (nie bez przyczyny mają kształt skrzydeł). Do tego rozwarte, czerwone wargi i mężczyźni siadają z wrażenia. Van Dongen niewątpliwie zaszalał. Dzieło dopełnia czerwone, agresywne tło. W albertinowych zbiorach można było znaleźć też inne jego kompozycje, ale zawsze dało się w nich zauważyć skłonność do przesady i przywiązanie do mocnych kolorów.

     Pan Robert Delaunay zaprezentował się z zupełnej nieznanej strony. Ów malarz został określony przez Apollinairego realizatorem orfizmu, czyli po dzisiejszemu abstrakcjonizmu. Obraz z Albertiny pod tytułem "Nudes with flamingos" należy do wcześniejszych czasów, gdy jeszcze można było rozróżnić na płótnie, choć nie bez pewnych wątpliwości, pojedyncze postacie. Różowy flaming i różowe kobiety zlewają się z innymi kształtami. Wielość kolorów niweluje znaczenie brył, niecodzienność póz nie pozwala na identyfikację na pierwszy rzut oka. Moim zdaniem urokliwe cudeńko.

     Poza tym, że Delaunay maczał palce w "Orfizmie", należał również do redakcji "Der Blaue Reiter". Założycielami tej grupy byli mniej znany Franz Marc i bardziej znany Wassily Kandinsky. Marc nie wydaje się zbyt interesujący, Kandinskiego i synestetyczne teorie wszyscy znają. Ale poza nimi w monachijskiej grupie działali aktywnie i inni malarze. Na przykład Jawlensky. Jego "Pole kukurydzy w Carantec" przykuwa wzrok intensywnym oranżem. Kolory żywcem wzięte z parnego, letniego wieczoru. Gorące centrum obrazu podkreślają subtelne, fioletowe i zielone maźnięcia tu i ówdzie. Uwielbiam zestawienie żywego pomarańczu z fioletem, które można czasem napotkać podczas zachodu słońca, a Jewlensky uchwycił je w sposób mistrzowski. 

     Kolejnym mistrzem koloru stał się dla mnie Emil Nolde. Te wszystkie kwiatki, chmurki, krajobrazy są genialne! Nie sądziłam, że motyw kwiatów w wazonie może być tak interesujący. Nie mam pojęcia, w czym tkwi jego sekret. Żywość barw? Kontrastujące zestawienia? Świetna kompozycja? W jakiś magiczny sposób Nolde wprowadza do swoich obrazów oniryczny nastrój. Przypomina w tym trochę Redona w jego kolorowej fazie, ale nie do końca. Nolde operuje zdecydowanymi plamami koloru o miękkich krawędziach. Redon natomiast wprowadza drobne szczegóły i przejścia tonalne. U Noldego znajdujemy wiele intensywnych, często przeciwstawnych kolorów, u Redona paleta w obrębie jednego płótna jest ograniczona. Oglądając zbiory albertyńskie, perłą wśród prac Noldego wydała mi się "Moonlit night". Widzimy stateczek o trzech żaglach na spokojnej morskiej toni. Żółtawy księżyc ledwo podniósł się nad horyzont i odbija się szeroką ścieżką w granatowej wodzie. Żagle widać też w wodzie. Nolde niesamowicie operuje różnymi odcieniami niebieskiego, granatowego, morskiego, zielonego, seledynowego i żółtego. Tworzy atmosferę ciszy i spokoju. Chwyta nieuchwytne światło księżyca. Obraz z bliska wydaje się tylko zbiorem nieskoordynowanych pociągnięć pędzla, ale z pewnej odległości całość zlewa się w niesamowicie sugestywny i... piękny widok. Aż chce się mówić Iwaszkiewiczem: Sny, połowy, sérénité.

cdn.


Montag, 14. Mai 2012

Belvedere III

     Dolny Belweder mieści w sobie w tej chwili wystawę pod tytułem "Gold". Jak większość tutejszych wystaw, sprawiła mi przyjemność nie tylko swoją zawartością, ale także spójnością, przemyślanym układem i wartością, że tak to ujmę, dydaktyczną. Wystawiono głównie współcześnych artystów i ku mojemu zaskoczeniu wielu z nich zainteresowało mnie.

     Wystawa składała się z kilku części, które miały nam pomóc w zrozumieniu jak, kiedy i dlaczego używa się złota w sztuce.  Zresztą, zobaczcie. Mieliśmy więc obok siebie ikony na złotym tle i pozłacane skórki od bananów. Złote kajdanki od Gucciego, złote ramy, samorodki złota, złota tarcza Apolla i złota drabina. Złoto na wszystkich planach. Organizatorzy wystawy postarali się też o wyjaśnienie jak się robi złotą folię, na czym polega pozłacanie i tworzenie złotych nici lub farb. Z artystów, których ponoć było tam stu dwudziestu pięciu, chciałam wspomnę tylko kilku, gdyż inaczej przerodziłoby się to w suche wyliczenia.

     Pierwszy ujął mnie Nedko Solakov. Tworzy specyficzne obrazy. Takie trochę surrealistyczne, trochę symbolistyczne, trochę nie wiadomo co. Ale przykuwają uwagę. Przynajmniej moją. Solakov najczęściej maluje jeden obiekt zawieszony gdzieś w bezprzestrzeni. Dziecko, niebieską piramidę, wstęgę Moebiusa. Umieszcza to w fantazyjnej ramie, która często stanowi jedność z obrazem, i uzupełnia szerokim opisem. Czasem jest to wyjaśnienie symbolu, czasem bajeczka, historyjka z życia lub kilka luźnych reflekcji. Niby nic specjalnego, ale wszystko razem współgra ze sobą w bardzo interesujący sposób. Wdzięczne i delikatne.

     Potem znalazłam Marca Quinna. Tym razem była to rzeźba. Czarny, opalizujący szkielet człowieka (chromowany brąz), z którego wyrastały złote orchidee, jabłka i winogrona. Tytuł "A beautiful continuation". Wymowa oczywista, wrażenia estetyczne i siła wyrazu wyjątkowe.

     Godfried Donkor, który pochodzi z Ghany, ujął mnie pseudo-kolażami (wygląda jak kolaż, ale nim tylko częściowo). Bardzo lubię ten rodzaj twórczości. Na wystawie znalazły się jego trzy prace "Slave to Champ", "A birth of Venus" i "Three Madonnas". Łączy w nich renesansowe kobiece ciała, miedziorytowe przedstawienia statków, zdjęcia atletów. Tak jak w "Trzech Madonnach" zestawienie różnych stylów tworzy napięcie, które pokazuje skomplikowaną sytuację kulturową miejsc takich jak Ghana.

     Ostatni, o którym napiszę, będzie Rudolf Bacher z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Raczej nie jest szeroko znany. Pokazano jego tryptyk ołtarzowy w stylu cerkiewnym. To znaczy złote tło, hieratyczne postaci, skodyfikowane gesty i sceny. Można się spodziewać uduchowionych twarzy i gładkich tkanin, ale tak nie było. Przy bliższych oględzinach okazuje się, że szaty są wymalowane z małych kropeczek, a twarze wyrażają głębokie emocje. Zaskoczenie przerodziło się w namysł...

     Wielką atrakcją wystawy "Gold" był też "Złoty Gabinet". Boazerię tego niewielkiego pomieszczenia w Unteres Belvedere niemal w całości pokryto złotą folią. A trzeba dodać, że boazerię wykonano z iście barokowym przepychem. Było więc mnóstwo esów-floresów, puttów, muszli i innych udziwnień. Gdzieniegdzie wymalowano na kolorowo różne kwiaty. Wisiały tam cztery potężne lustra wypolerowane na błysk. Gdy się stanęło na środku salki, widziało się nieskończone złote korytarze ze wszystkich stron. Do tego na ścianach wisiały półeczki, a na każdej z nich stała pięknie zdobiona biało lub niebiesko gruntowana chińska waza.

Donnerstag, 10. Mai 2012

Belvedere II

     Ostatnio pisałam o historii wiedeńskiego Belwederu. Teraz opiszę jego zbiory. Najpierw na celownik wybrałam Oberes Belvedere, jako że był bliżej kas biletowych. Zdjęć nie będzie, ponieważ obowiązuje zakaz fotografowania, ale chętni znajdą wizualizacje sal oraz reprodukcje obrazów na oficjalnej stronie muzeum. 

     W sali wejściowej (Sala Terrena) powitało mnie czterech atlasów. Początkowo miało ich nie być, ale podczas budowy okazało się, że konstrukcja budynku nie wytrzyma naporu górnych kondygnacji, więc trzeba było dodać łukowate sklepienia i podpory. Pomimo tego drobnego mankamentu sala robi wrażenie. Utrzymana w bieli, ozdobiona stiukowymi płaskorzeźbami, przypomina mi kościół świętych Piotra i Pawła w Wilnie. To taki rodzaj baroku, który lubię. Stąd idziemy w lewo do Sali Carlonego (nazwana tak od projektanta wykończeń). Z miejsca napadły na mnie iluzjonistyczne malowidła. Każdy centymetr ścian i sufitu był zakolorowany. Freski imitowały kolumny, przejścia do innych sal, balkony podniebne i otwarty dach. A nad dachem, pod niebem, nad głową widza (czyli mnie) swój triumf odbywała Aurora. Mnogość elementów zdobniczych, tłum bujnych postaci pod sufitem i fantasmagoryczna kolorystyka przyprawiła mnie o zawrót głowy i skłoniła do przejścia do następnych sal. 

     W kolejnych salach mieściła się austriacka (gwoli ścisłości, nie tylko austriacka) sztuka gotycka. Obrazy, rzeźby i płaskorzeźby. Średniowieczne skupienie (pierwotny wystrój pozostałych sal nie zachował się) przyniosło ulgę po barokowych fluktuacjach. Z początku skrzywiłam się na nieudolne postacie gotyckich malarzy. Jakieś takie powykręcane, kiepska perspektywa, nieporadności kompozycyjne. Po dłuższym oględzinom muszę jednak przyznać, że te przedstawienia mają w sobie niespotykany kiedy indziej realizm. Twarze, nawet te idealizowane, mają całkiem ludzkie zmarszczki na czole, wokół oczu i ust. Tłustemu żołnierzowi, który stoi pod krzyżem, owłosiony brzuchol wyłazi spod koszuli, a podbródek załamuje się pięciokrotnie. Król Baltazar ma frapującą brodawkę na łysawym czole. Gdzie indziej widać wcielenie podstępnika z niedogolonym rudym zarostem. Święty Jan, podczas składania Jezusa do grobu, ma oczy czerwone od płaczu i opiekuńczym gestem pociesza Marię. Ta, nawet podczas radosnej sceny koronowania w niebie, ma delikatne worki pod oczami. Nieziemskiego piękna dodają jej delikatne, brązowe rzęsy i błysk w oku. Po takiej kontemplacji mogłam się po raz drugi zmierzyć z Salą Carlonego. I wtedy dostrzegłam, że wystawiono w niej drewniane, gotyckie rzeźby nieznanego mistrza. Zaiste był on mistrzem! Ludzie wydawali się aniołami, a anioły o kształcie ludzkim odpływały wprost w zaświaty. Delikatne, złotawe barwy, miękki modelunek ciał i szat, twarze pełne słodyczy. Figury tworzyły z barokowym otoczeniem frapujące zestawienie. Tu złoto i tu złoto, ale w jakże różnym wydaniu! Tu spokojna, dostojna Maria, a tam pyszna, półnaga Jutrzenka. Pogańscy bogowie wpadają przy dźwięku prawie namacalnych fanfarów, bohaterowie chrześcijańscy falują przy dźwiękach niesłyszalnej muzyki sfer. Niebywałe doznania...

     Stamtąd przeszłam znów przez salę wejściową do drugiego skrzydła, gdzie umieszczono ekspresjonistów i pokrewnych. Głównie malarze, którzy mieli coś wspólnego z Austrią. Ogólnie zbiór przedstawiał raczej przygnębiające wrażenie. Agresywne, przygnębiające kolory, nakładane szczodrą ręką w krótkich maźnięciach. Nie, to nie dla mnie. Glutki farby aż odstają od płótna, jakby chciały uciec z tego strasznego czasu pierwszej połowy dwudziestego wieku. Większość tych prac wzbudziła we mnie co najwyżaj niesmak, ale jeden artysta przykuł moją uwagę i zawładnął sercem.

     Egon Schiele. Żył lat dwadzieścia osiem, ale włożył w swoje prace niebywałą siłę. Oddziałują wciąż z pełną mocą, chociaż powstały sto lat temu. Weźmy taki "Umarmung" ("Objęcie"). Doskonały temat na sielankowe przedstawienie. Lecz nie dla Egona. Egon zrealizował go na swój sposób. Widzimy dwa ciała, bo wyrażenie "dwoje kochanków" jakoś tu nie pasuje. Obejmują się nawzajem, ale ich ciała wypełnia niepokój, strach. Mięśnie są napięte, skóra w wielu miejscach pociągnięta trupiosiną barwą, nie wiadomo czy postacie chcą sobie okazać czułość, czy zamordować przez uduszenie. Włosy kobiety rozpełzają się na wszystkie strony. Przypomina to "Pocałunek" Muncha. Mężczyzna ma głowę przechyloną, opartą na ramieniu kobiety. Z jednej strony jakby chciał jej coś powiedzieć na ucho, z drugiej jakby opadła mu w chwili śmierci. Pościel, która ich owija nie jest miejscem schronienia. Jest zimna, ma agresywne zęby, wciąga, ale nie daje ciepła. Nawet trawa umiera w zgniłozielonym chaosie. Nigdy jeszcze nie widziałam tak przerażającej sceny erotycznej (bo "miłosnej" byłoby chybionym określeniem). Bez rekwizytów typu czaszka i zegary Schiele pokazał moc śmierci i zniszczenia. I to w sytuacji, w której najmniej byśmy się tego spodziewali. 

     Po "Umarmung" trafiłam na "Sonnenblumen", czyli "Słoneczniki". Podobne podejście do znanego tematu. Wariat van Gogh namalował swoje słoneczniki jasno i radośnie, ale szaleniec Schiele musiał i tu napuścić trupiego jadu. Dominują ciemny brąz i ciemna zieleń. Spomiędzy zmarniałych liści ledwo wystają główki kwiatów, którym daleko do promiennej obfitości pierwowzoru. Ukrywają się, zawstydzone swoją brzydotą spuszczają wzrok.

     Co zaskakujące, patrząc na obrazy Schielego, nie mogę się pozbyć wrażenia, że w stylu jest bardzo podobny do Klimta. Trudno mi precyzyjnie określić, w czym rzecz. Schiele wydaje mi się anty-Klimtem. Najłatwiej będzie mi to wyjaśnić na przykładzie "Tod und Mädchen" ("śmierć i dziewczyna" - kolejny motyw-klucz, który mistrz Egon bierze na warsztat po swojemu). Widzimy scenę w plenerze. Dwie postacie. Podobnie jak u Klimta ich ubrania są raczej polem wypełnionym teksturą niż odwzorowaniem rzeczywistych tkanin. Podobnie jak u Klimta głowy i kończyny wyłaniają się z obrazu tu i tam. I podobnie jak u Klimta, tło zlewa się z pierwszym planem i nie wiadomo do końca, co się tak naprawdę dzieje. Ale. O ile malarstwo Klimta jest peanem na cześć klasycznego (a jednocześnie, że się tak wyrażę, najpopularniejszego), bezczasowego piękna, o tyle Schiele jest piewcą brzydoty i rozkładu. Dziewczyna tuli się do śmierci, jakby ta była ostatnią pociechą i ratunkiem. Śmierć ją przygarnia ciepłym gestem, głaszcze po głowie. Ten gest przeraża. Przeraża, ponieważ jest jedynym przejawem uczucia w całym tym obrazie. Poza nim wszystko atakuje, przytłacza, przygnębia. Wszystko jest brudne, skażone i rozpada się.

     Po takim wstępie reszta zbiorów po prostu mnie znudziła. Wszystkim tym sztukom baroku, klasycyzmu, romantyzmu, biedermeier, impresjonizmu, secesji brakowało właśnie gotyckiego realizmu, tej zadumy nad niedoskonałym ciałem, które przejawia się w zepsutym zębie albo włosach wystających z nosa. Brakowało też głębi przeżywania i siły oddziaływania rodem z Schielego. Obrazki z tych epok oferowały mi podane w różny sposób, przy różnej kresce takie same wyidealizowane twarze kobiet bez jednej zmarszczki, poprawionych, napuszonych mężczyzn, róże, pomady, koronki, ckliwe widoczki, górki, jeziorka, ruinki i tak dalej, i tak dalej. Nawet perła w koronie kolekcji belwederskiej - Klimtowski "Pocałunek", nie wywołał we mnie głębszych emocji. I tak widziałam go już na tysiącach reprodukcji, więc czym się tu zachwycać? Klimt, w moim odczuciu, stał się zakładnikiem własnego stylu i trudno mi wyciągnąć z niego coś poza gloryfikowanym, ale też czysto akademickim, uładzonym, zestandaryzowanym kobiecym ciałem. Nie tym razem, panie Gustawie.

Dienstag, 8. Mai 2012

Fotostory

     Doświadczyliście kiedyś, zupełnie niespodziewanie, powrót do dzieciństwa? Mi się to zdarza całkiem często, ale takiego wybuchu dziecięcego entuzjazmu dawno nie przeżyłam. A wszystko dlatego, że trafiłam do Naturshistorisches Museum (NHM), czyli Muzeum Historii Naturalnej. NHM mieści się naprzeciwko Kunsthistorisches Museum, w bliźniaczym budynku. Różni się jednak wykończeniami z zewnątrz i wewnątrz. Nie przytłacza tak swoim przepychem jak KHM, dzięki kamiennym płytom o piaszczystym kolorze wydaje się bardziej przytulny, złocenia i posągi nie atakują co chwilę człowieka, także wstęp jest nieco tańszy.

     Na wystawę stałą NHM składają się kolekcje  minerałów i kamieni jubilerskich, wytworów ludzkich z epoki przedhistorycznej, skamieniałości różnych czasów (np. dinozaurów!), entomologiczne i wiele, wiele różnie spreparowanych zwierząt. Niestety to, co mnie interesowało najbardziej, czyli wystawa meteorytów, zamknięte aż do jesieni. Ale nie straciłam rezonu i energii! W muzeach historii naturalnej mam wrażenie, jakbym wróciła do czasów, kiedy czytałam książeczki dla dzieci z mnóstwem obrazków i marzyłam o tym, że będę paleontologiem albo astronomem. Każdy eksponat wywołuje we mnie mnóstwo pozytywnych emocji i przypomina, że tyle jest jeszcze do odkrycia na świecie!



Tu na przykład wielki kryształ górski (to przezroczysta odmiana kwarcu). To zielone z lewej to malachit. Czyż to nie piękna nazwa? Wymawiając "malachit" czuję jego piękną wypolerowaną powierzchnię i widzę zieleń prawie tak mocno jak w słowie "chlorofil".









To był jakiś naturalny stop metali, nie pamiętam niestety jakich. Lem musiał się nieźle naoglądać takich ziemskich tworów, gdy tworzył swoje kosmiczne krajobrazy.









Jedna z sal mineralogicznych. NHM ma jedną z największych tego typu kolekcji na świecie i prezentuje ją naprawdę godnie. Jest naprawdę przeogromna, każdy kamulec fascynuje wyjątkowym pięknem. Eksponaty leżą w eleganckich drewnianych gablotach, a wystrój sali koresponduje z jej zawartością. Obraz po lewej na tym zdjęciu przedstawia gejzer, a po prawej Alpy.






Czyż ci państwo tutaj nie wyglądają uroczo? Zgrabna alegoria ludzkich rzemiosł - kowalstwa i jubilerstwa.




W tej sali przechowywane są najdroższe (dosłownie) skarby muzealne. Kamienie szlachetne, półszlachetne i ozdobne:  diamenty, szafiry, szmaragdy, rubiny, turkusy topazy, opale, aleksandryty, turmaliny, granaty, onyksy i całe mnóstwo innych... Leżą obok siebie klejnoty jeszcze nie tknięte, ledwo wyciągnięte z ziemi oraz te już oszlifowane, z których wydobyto głębię  koloru i blasku, wprawione w kosztowne pierścienie i kolyczki. Mają tu miejsce też samorodki złota, srebra i platyny, perły z całego świata, muszle, korale czerwone i czarne, bursztyny...




Owszem, to sztuczne kwiaty. Rzeźbione w różowym kwarcu i serpentynicie. Kamień tak cienko wymodelowano, że światło przechodzi przezeń na wylot.

















Pełna kontemplacji miniatura w kamieniu.


















"Edelsteinstrauß" - czyli bukiet z kamieni szlachetnych. Maria Teresa podarowała go swojemu małżonkowi Franciszkowi Stefanowi. Składa się z ponad dwóch tysięcy diamentów i siedmiuset kolorowych kamieni szlachetnych lub półszlachentych, które tworzą kwiaty i liście. Wazon wyrzeźbiono z kryształu górskiego.













Ametyst. Właściwie jego połowa. Druga połowa stoi po drugiej stronie schodów. Dodam, że wysokością niewiele mi ustępuje.

















Wychodzimy ze świata kamieni do świata skamielin.




Rekonstrukcja namiotu łowców mamutów. Można było zajrzeć do środka, ale ciężko powiedzieć, co tam było, bo nie mieli żarówek.



















Uwaga! Dinozaur!








Straszny, co nie?













O, a ten się przewrócił na plecy i już nie mógł wstać.
















Są też takie, które pływały:
















I takie, które latały:




















A to jeden z moich ulubionych. Archeopteryx. Ogniwo między dinozaurami, a ptakami. Nie miałam pojęcia, że trzymają go w Wiedniu. Tym większa radość ze spotkania :)




Natępne niespodziewane spotkanie. Oto przed państwem wcielenie kobiecego piękna - Wenus z Willendorfu!


Niestety reszta wystawy antropologicznej w przebudowie :/



Wracamy więc do skamieniałych koleżków...



















To się nazywa noga.



To było strasznie fajne muzeum. Wywieszali tabliczki o treści "można dotykać eksponatów".













Zdaję się, że to był taki primitywny słoń. Ale głowy nie dam. To mógł być też tygrys szablozębny. Nie pamiętam. Pamiętam za to bardzo dokładnie, że na ścianie wisi liść palmy, a to takie małe w lewym dolnym rogu, to jest koprolit, czyli skamieniała kupa.










Śliczna skamielina, przyznacie. A to typowy amonit. Tyle że wypełniony skrystalizowaną siarką.












I inne muszelki zamienione w kamień. Można wszystko dokładnie obejrzeć, jak to się skręca w środku.












A ten pan straszy w korytarzu. To jakiś jeleń z epoki lodowcowej. Aż się dziwię, że żadne dziecko się nie rozpłakało na jego widok, bo ja miałam ochotę.




Sala kopułowa i personifikacje różnych nauk: paleontologii, mineralogii, antropologii, etnografii... Może tego nie widać, ale naprawdę można się było domyślić bez podpisu ,kto kim jest. No bo pomyślcie o takim mineralogu z końca dziewiętnastego wieku. O takim z lupką i małym kilofkiem. Prawda, że widzicie?



Mała salka wykładowa. Niesamowicie mi się podoba jej wystrój. Jest taki... secesyjny. W tych gablotkach wystawili stare mikroskopy. W połączeniu z modelami jednokomórkowców wiszącymi pod sufitem i panoptikum z tyłu dawały iście steampunkowy nastrój.







O. Meduza pływa w powietrzu.













I wielki kalmar!






Kto zgadnie co to jest?
Otóż, to są wszystkie gatunki biedronek, jakie występują w Europie :)










I mnóstwo innych zwierzątek!














Uff! Tyyyyle wrażeń! Ja chcę jeszcze raz!