Sądziłam, że mieszkam w pokoju wielkości kartonowego pudełka. A jednak okazuje się, że studenci potrafią mieszkać w jeszcze mniejszych pokoikach. W wyniku splotu rozlicznych okoliczności udało mi się odwiedzić akademik "Panorama" w dwudziestej dzielnicy. Przy okazji zwiedziłam samą dzielnicę, której na imię Brigittenau.
Brigittenau nie może się poszczycić powalającymi zabytkami ani długą historią z bardzo prostej przyczyny. Przez większą część czasu były to tereny zalewowe Dunaju, który poddano regulacji dopiero od lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku. No i dzielnicę Brigittenau utworzono oficjalnie dopiero w 1900 roku. Nazwę swoją zawdzięcza, jak się nietrudno domyślić, Brygidzie. Na co już trudniej wpaść, chodzi o Brygidę Szwedzką, świętą katolicką i patronkę Europy, której kościół od połowy dziewiętnastego wieku stoi właśnie w dwudziestej dzielnicy. Jednak Brigittenau nie jest taki nudny, jak go malują.
Frapujący Augarten, chociaż administracyjnie leży w drugiej dzielnicy (Leopoldstadt), przylega w znaczącej części także do Brigittenau. W 1912 roku Aleksander Józef graf Kolowrat-Krakowsky, po przenosinach z Czech, umieścił w tej dzielnicy "Sascha-Filmfabrik" - największą w cesarstwie wytwórnię filmów niemych. Filmy produkowała głównie monumentalne i propagandowe, pod koniec lat trzydziestych zakład przejęli naziści, ale sam graf już tego nie dożył. Nie doczekał też pogromów żydowskich w Brigittenau, które tu przybrały wyjątkowo dramatyczny obrót. Podczas wojny dzielnica mocno ucierpiała od bombardowań i walk w mieście. W końcu, dostała się pod zarząd Związku Radzieckiego, by w 1955 roku połączyć się na spokojnie z resztą Austrii i żyć w dobrobycie i pokoju. Co ciekawe, obecność sowietów można wyczuć do tej pory. W parku tuż przy farze świętej Brygidy postawiono posąg niedźwiedzia. Poza tym w dzielnicy żyje mnóstwo ludzi z byłego Związku Radzieckiego i współczesnej Rosji. Wzdłuż ulic mieszczą się tanie sklepy, można trafić na normalną, słowiańską jadłodajnię, a rosyjski nie jest wcale rzadkością na ulicach.
Ale miało być o akademiku. Do akademika na samym skraju Brigittenau sprowadziło mnie... pranie. Wiedeńskie pralki do użytku masowego nie mają niestety wlotu na monety. Żeby je uruchomić potrzeba QuickCard (którą się dostaje, gdy się ma konto w austriackim banku, którego nie mam). Jakby nie mogli zrobić automatu na monety... Otóż, nikt, kogo pytałam u siebie, nie miał pożyczyć kłika, a sterta prania rosła. W tym momencie trafiłam na przemiłe bliźniaczki. Poznałam je zupełnie przypadkiem, totalnym trafem, wracając z imprezy autobusem. Najpierw okazało się, że są bliźniaczkami. Potem okazało się, że są nawet w połowie Polkami. Druga ich połowa od strony ojca to Holendrzy, ale na oko dość normalni. Są moimi rówieśniczkami i chociaż w Polsce spędziły raptem trzy czy cztery lata, bardzo dobrze mówią po polsku. Ba, trzeba się przysłuchać, żeby stwierdzić, że coś z ich polszczyzną jest inaczej. Zważywszy, że sporo rodzonych w Polsce Polaków ma problemy z naszym trudnym językiem ojczystym, sądzę, że dziewczyny zasługują na respekt. Tak więc zaznajomiłam się z bliżniaczkami Pauliną i Michaliną i one zaproponowały mi wspólne pranie w Panoramie.
W Panoramie mieszka Michalina. Obie dziewczyny mają już licencjaty z Wielkiej Brytanii i do Wiednia przyjechały na studia magisterskie, przy czym Michalina pojawiła się później i niestety miała trochę problemów ze znalezieniem miejsca do mieszkania. Teoretycznie Panorama nie jest złym akademikiem. Wszystko, czego potrzeba studentowi do życia, można w Panoramie znaleźć. Ale. Może ja po prostu marudzę? No ale. Panorama jest po prostu wielkim molochem na tysiące osób. Widząc ją z daleka, popadałam w lekki popłoch, bo po prostu molochów się boję. Niemniej adres okazał się właściwy i weszłam. Wewnątrz wiele kolorowych płytek umila atmosferę. Jakas kawiarenka internetowa, party room z prawdziwym barem, w którym zawsze coś się dzieje, wielka pralnia z suszarkami, wewnętrzny dziedziniec, winda, cuda-wianki-niewidy, odlot. Po czym weszłam do pokoju Michaliny. Pokój stanowi część modułu, w skład którego wchodzą dwa jednoosobowe pokoje, korytarzyk z lodówką i łazienka. Niby fajnie. Jednak pierwsze, co się rzuca na człowieka w akademiku, to niskie sufity. Osoba szczególnie wysoka, mogłaby mieć problemy nie tylko ze zmieszczeniem się w drzwiach, ale także w zwykłym korytarzu. Pokoje są zestandaryzowane bez wyjątku i ciasne. Może nieco większe poweirzchniowo od mojego, ale powietrza jest tam zdecydowanie mniej. Szafki bez drzwiczek potęgują wrażenie chaosu i ciasnoty. Ale największym hitem są mikroskopijne okna, które mają wysokość pół metra i zaczynają się na wysokości półtora metra. W efekcie siedząc przy biurku przodem do okna nie można nawet wyjrzeć na ulicę. Żeby ponarzekać już na całej linii, powiem, że pokój Miśki wychodzi na południe, a jednocześnie na ruchliwą ulicę wzdłuż kanału, więc może być u niej albo skrajnie duszno i gorąco albo bardzo głośno. Cud, miód i orzeszki.
Wniosek? Kocham swój przytulny, skromny akademik z archaniołem Michałem z widokiem na zielone drzewa, gdzie mieszka w porywach do stu osób.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen