Długo się wahałam, czy po raz kolejny pójść do Albertiny. Co prawda pierwsza wizyta była przeżyciem zapadającym głęboko w pamięć, ale z drugiej strony bilety za wstęp nie należą do najtańszych. Po namyśle stwierdziłam, że nie mogę mojego towarzysza Bartłomieja, filozfa analitycznego żądnego wrażeń estetycznych, wypuścić z Wiednia bez wizyty w największej wiedeńskiej świątyni sztuki. Poprzednim razem odwiedziłam tylko wystawę czasową. Tym razem nie dość, że wystawy stałe w końcu otworzono, to jeszcze czasówka zmieniła się dość radykalnie. Oto co zobaczyliśmy z Bartkiem.
Pierwsza część ekspozycji, czyli "Monet bis Picasso", jest kolekcją przekazaną Albertinie przez małżeństwo Batlinerów. Zawiera prace malarzy "modernistycznych". To znaczy począwszy od impresjonistów, przez ekspresjonistów, fowistów, prymitywistów, kubistów, aż do abstrakcjonistów i surrealistów. I licho wie, co jeszcze. Zbiory zapełniają szczelnie aż szesnaście sal i niemal w każdej można znaleźć coś interesującego.
Na początku raczej nuda. Kolejne "Nenufary" Moneta, jakiś Cezanne, jakiś Renoir. Znowu angielski import Sisley i tym podobne satelity impresjonistów. Czasem trafiamy na coś nowego i interesującego zarazem. Znajdujemy Kazimierza Malewicza - istotnego awagardzistę rosyjskiego, autora słynnego "Czarnego kwadratu na białym tle". Okazuje się, że artysta, oprócz czarnych figur geometrycznych, potrafił namalować także bardzo impresjonistyczne landszafciki typu "Brzezina" lub nieco abstrakcjonistyczne kompozycje, jak na przykład "Mann in suprematischer Landschaft". I nie żałował farby. Góry i wąwozy farby olejnej przewalają się nawet przez najmniejsze płócienko.
Odkryciem był Kees van Dongen i jego "Kobieta z niebieskimi oczami". Oczy portretowanej kobiety są tak wielkie i niebieskie, że można na nich odlecieć (nie bez przyczyny mają kształt skrzydeł). Do tego rozwarte, czerwone wargi i mężczyźni siadają z wrażenia. Van Dongen niewątpliwie zaszalał. Dzieło dopełnia czerwone, agresywne tło. W albertinowych zbiorach można było znaleźć też inne jego kompozycje, ale zawsze dało się w nich zauważyć skłonność do przesady i przywiązanie do mocnych kolorów.
Pan Robert Delaunay zaprezentował się z zupełnej nieznanej strony. Ów malarz został określony przez Apollinairego realizatorem orfizmu, czyli po dzisiejszemu abstrakcjonizmu. Obraz z Albertiny pod tytułem "Nudes with flamingos" należy do wcześniejszych czasów, gdy jeszcze można było rozróżnić na płótnie, choć nie bez pewnych wątpliwości, pojedyncze postacie. Różowy flaming i różowe kobiety zlewają się z innymi kształtami. Wielość kolorów niweluje znaczenie brył, niecodzienność póz nie pozwala na identyfikację na pierwszy rzut oka. Moim zdaniem urokliwe cudeńko.
Poza tym, że Delaunay maczał palce w "Orfizmie", należał również do redakcji "Der Blaue Reiter". Założycielami tej grupy byli mniej znany Franz Marc i bardziej znany Wassily Kandinsky. Marc nie wydaje się zbyt interesujący, Kandinskiego i synestetyczne teorie wszyscy znają. Ale poza nimi w monachijskiej grupie działali aktywnie i inni malarze. Na przykład Jawlensky. Jego "Pole kukurydzy w Carantec" przykuwa wzrok intensywnym oranżem. Kolory żywcem wzięte z parnego, letniego wieczoru. Gorące centrum obrazu podkreślają subtelne, fioletowe i zielone maźnięcia tu i ówdzie. Uwielbiam zestawienie żywego pomarańczu z fioletem, które można czasem napotkać podczas zachodu słońca, a Jewlensky uchwycił je w sposób mistrzowski.
Kolejnym mistrzem koloru stał się dla mnie Emil Nolde. Te wszystkie kwiatki, chmurki, krajobrazy są genialne! Nie sądziłam, że motyw kwiatów w wazonie może być tak interesujący. Nie mam pojęcia, w czym tkwi jego sekret. Żywość barw? Kontrastujące zestawienia? Świetna kompozycja? W jakiś magiczny sposób Nolde wprowadza do swoich obrazów oniryczny nastrój. Przypomina w tym trochę Redona w jego kolorowej fazie, ale nie do końca. Nolde operuje zdecydowanymi plamami koloru o miękkich krawędziach. Redon natomiast wprowadza drobne szczegóły i przejścia tonalne. U Noldego znajdujemy wiele intensywnych, często przeciwstawnych kolorów, u Redona paleta w obrębie jednego płótna jest ograniczona. Oglądając zbiory albertyńskie, perłą wśród prac Noldego wydała mi się "Moonlit night". Widzimy stateczek o trzech żaglach na spokojnej morskiej toni. Żółtawy księżyc ledwo podniósł się nad horyzont i odbija się szeroką ścieżką w granatowej wodzie. Żagle widać też w wodzie. Nolde niesamowicie operuje różnymi odcieniami niebieskiego, granatowego, morskiego, zielonego, seledynowego i żółtego. Tworzy atmosferę ciszy i spokoju. Chwyta nieuchwytne światło księżyca. Obraz z bliska wydaje się tylko zbiorem nieskoordynowanych pociągnięć pędzla, ale z pewnej odległości całość zlewa się w niesamowicie sugestywny i... piękny widok. Aż chce się mówić Iwaszkiewiczem: Sny, połowy, sérénité.
cdn.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen