Bardzo interesującym twórcą, któremu poświęcono całą salę w Albertinie, jest Paul Klee. Pierwszy rzut oka na salę wywołał u mnie skrzywienie. "Znowu jakiś ahtista" - pomyślałam. I jakkolwiek prace Kleego są kwintesencją sztuki współczesnej, mają w sobie również ponadczasową iskrę. Prace zebrane w Wiedniu to różne eksperymentalne obrazki wykonane mieszanymi technikami: szkice ołówkiem i kredkami, akwarele, litografie, farba olejna... Eksperymenty nie ograniczają się tylko do techniki wykonania. Łączenie kolorów w różnych konfiguracjach, wprowadzanie tekstu do obrazu, schematyzacja rzeczywistości na modłę a to surrealistyczną, a to kubistyczną, a jeszcze kiedy indziej abstrakcjonistyczną. Rozpiętość stylistyczna Kleego rysuje się naprawdę imponująco i nie ma sensu przyklejać mu tysiąca etykietek. Przy okazji każde, nawet najmniejsze dziełko wymalowane kredkami na papierze pakowym, niesie skondensowany ładunek emocjonalny. Coś jak szczypta soli lub wisienka na szczycie tortu. Nie zawsze mogę powiedzieć, że dany obraz Kleego podoba mi się, ale nawet wtedy w magiczny sposób przyciąga wzrok i intryguje. Wciąga w bogaty świat wyobraźni autora.
Podobną potęgę wyobraźni widać u Chagalla. Ów człowiek mógłby z radością zilustrować "Sklepy cynamonowe". Styl ludowy, primitywny, ale pełen zaskakujących szczegółów. Postaci mają krzywe nogi i zachwiane proporcje, budynki krzywią się w perspektywie na wszystkie strony. Sztafaż podwórkowo-rolniczy został ozdobiony odrealnionymi elementami: półprzeźroczystą kurą, lewitującym wozem, który wyrasta z chaty, aniołami. Wszystko to widać na przykład w "Latawcu". Na obrazie widać zupełnie dorosłego mężczyznę, który z dachu szopki puszcza latawca. W dole widać podwórze ze zwierzętami, w tle drewniane domy, drugiego człowieka na dachu i trzeciego idącego z laską. Dominuje kolor niebieski, co wynosi atmosferę sceny poza rzeczywistość. Wszystko płynie i nawet trawnik układa się w wielką rybę. Przedstawienie byłoby nawet radosne, gdyby nie szare, niepokojące niebo. Prawda, że żywcem wyjęte z Schulza?
Uwagę zwróciło jeszcze kilka drobiazgów. Na przykład abstrakcyjne obrazy Franciszka Kupki. Wyglądały zupełnie jak ćwiczenie na bryły. Mogłabym nawet powiesić jeden z jego obrazów w salonie ze względu na ładne kolory. Szczególnie taki, który wyglądał jak bardzo dziwne organy. Piszczałki były białe i wysokie z obręczami w różnych odcieniach niebieskiego i zielonego. Ładne to było.
Podobał mi się też "New York - East River" Wilhelma Thönego. Całość tonie w błękicie, tylko niektóre elementy są pociągnięte biało lub czerwono. Mistrzowskie operowanie szczegółem zachwyciło mnie od pierwszego wejrzenia. Ujętych w czarną farbę detali jest niewiele, raczej sugerują szczegół niż go przedstawiają, ale to właśnie w nich ujmuje najbardziej. Odpowiednio rozmieszczone na obrazie precyzyjnie kierują uwagą widza. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wśród dzisiejszych rysowników tabletowych widziałam podobne zabiegi.
Świetną pracą jest "Friede" Giacomettiego. Płótno pokryto niedokładnie sporymi, różnobarwnymi plamami. Z bliska wygląda to jak nieskoordynowane ciapy, ze średniej odległości zaczyna przypomina wydzieranki z przedszkola i dopiero z daleka oczom ukazują się cztery dziewczęta. Siedzą w kolorowych sukniach, z kwiatami we włosach i pochylają się nad czarnym ptakiem, którego trzyma jedna z nich. Urocze.
Trafiłam też na ukochanego Magritte'a. Uwielbiam go za arcyrealistycznie namalowe przedmioty umieszczone w bardzo nierealistycznych zestawieniach. "Die verwunschene Gegend" przedstawia dwa zielone jabłuszka w maskach, które radośnie zmierzają z oddali w naszym kierunku. Idą od strony morza, po piasku, w tle oczywiście błękitne niebo z delikatnymi, białymi, pierzastymi chmurkami. Po prawej od jabłuszek, oddzielone bladofioletową zasłoną stoją dwa drzewa. Chociaż właściwie jedno już nie stoi, bo został po nim tylko pień. Co ciekawe, samo trzyma korzeniem siekierę. Drugie drzewo kryje w sobie skrytki. W najniższej widać domek, w środkowej piłkę (a w każdym razie biały, kulisty przedmiot), a najwyższa pozostaje zakryta. Propozycje interpretacji?
Nie napisałam jeszcze nic o Picassie, którego parę obrazów i talerzy wystawili na koniec. Ale wiecie co? Nie chce mi się. Doceniam kunszt tego pana (jego tradycyjne szkice są zaiste powalające) i potrafię ogarnąć myślą jego teorie. Ale jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?
Podróż po wystawie trwała niesamowicie długo. O każdym z obrazów, które
tam były, możnaby napisać książkę. Może nie wszystkie podobały mi się,
ale z pewnością znalazłyby swoich fanów. Sam fakt, że znalazły się w kolekcji Batlinerów o tym świadczy. Albertina zaserwowała mi po raz kolejny potężną dawkę emocji, z którą jeszcze długo będę się przegryzać.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen