Posts mit dem Label ludzie werden angezeigt. Alle Posts anzeigen
Posts mit dem Label ludzie werden angezeigt. Alle Posts anzeigen

Samstag, 7. Juli 2012

Absynt u wiedeńskiej skrzypaczki

     Tytuł prawie odpowiada rzeczywistości. Absynt był. Skrzypaczki nie było, za to miałam okazję zwiedzić jej pracownię.

     Właścicielką mieszkania jest Polka, która gra w Operze Wiedeńskiej. Tak, taaaak... Jest naprawdę dobra. Pracuje (to znaczy ćwiczy lub daje lekcje) w niewielkim mieszkanku zagubionym wśród kamienic trzeciej dzielnicy (Landstraße). Za wielkimi drewnianymi drzwiami z żelaznymi okuciami kryje się zapuszczony korytarz. Odrapane ściany, porozdzierane skrzynki na listy (zupełnie jakby ktoś rozpaczliwie chciał otworzyć skrzynkę bez klucza), tu i ówdzie sterty makulatury, jakiś stary materac. W kilku miejscach niezatuszowane ślady po wymianie instalacji. Mijane drzwi są wysokie, drewniane, pomalowane białą farbą olejną. Jednak za zakrętem, przy samym końcu korytarza, znajdują się niższe drzwi, nowe, prawie pancerne. Za tymi drzwiami pracuje skrzypaczka.

     Mieszkanko właściwie nie do końca jest mieszkaniem. Ma co prawda pełnoprawną łazienkę i łóżko, ale z kuchennych przyrządów tylko lodówka wstawiona do wąskiego korytarzyka. Jakaś szczątkowa zastawa. Za korytarzykiem, za podwójną parą drzwi wita nieduży pokoik. Od razu naprzeciw wejścia ściana zastawiona płytami. Wyłącznie muzyka klasyczna i wyłącznie utwory na skrzypce. Nie żebym narzekała na ubogość, skrzypce dają przecież szerokie pole do popisu... Płyty flankują dwa wysokie okna, które wychodzą na ogród. Przy prawej ścianie stoją półki z nutami i książkami. W kącie sprzęt odtwarzający. Przy lewej stoi fotel, komoda i łóżko, a wyżej wiszą obrazki. Mnóstwo obrazków. Pośrodku pokoju królują dwa stojaki na nuty.

     Wystrój taki, jakiego można się spodziewać po pracowni muzyka. Co mnie w nim urzekło? Mnóstwo, mnóstwo drobiazgów, w których można dostrzec serce właścicielki. Każda półka na nuty jest oznakowana kolorowymi literkami, książki niosą treść przeważnie z teorii muzyki, sporo z psychologii popularnej, trafiają się biografie malarzy, znalazłam nawet "Ballady i romanse". Obrazki na ścianach, z pewnością przywiezione z podróży, przedstawiają port na Malcie. Potężna kolekcja kartek okolicznościowych z misiami zdobi kąt pokoju nad łóżkiem. W wielu miejscach (ale z umiarem!) poukładano bibelotki: misie, wisiorki, szklane aniołki, naklejki z hortensjami, dzwoneczki, puzderka, serduszka, serwetki... Tu i ówdzie drobiazgi z zagranicznych koncertów, plakaty z najukochańszych przedstawień. Brzoskwiniowe i drewniane barwy. Tylko stojaki na płyty czarne, ale już okładki płyt zazwyczaj czerwone, dzięki czarnemu tłu dobrze wyeksponowane. Nawet zimną, białą łazienkę ocieplono naklejkami. Z jednej strony maki, z drugiej kreskówkowy Goofy.

     Całość tworzy atmosferę ciepła i bezpieczeństwa.  Dobre połączenie poukładanego profesjonalizmu z zakręconą indywidualnością.  Nie znam szanownej pani skrzypaczki, ale jej pracownia mówi, że jest osobą wrażliwą i serdeczną. Taką właśnie, jak sobie wyobrażam wiedeńską skrzypaczkę.

     A absynt? Pity z Partitą Bacha smakował wyjątkowo wybornie.


Freitag, 22. Juni 2012

Fuego del Sur

     Zaskakujące, jak wielu w Wiedniu jest Latynosów. Wcale nie trzeba się starać, żeby na nich trafić. Brazylia, Kolumbia, Wenezuela, Peru, Ekwador, Meksyk... Zewsząd! Ichnia klasa średnio-wyższa wysyła swoje dzieci na studia do Europy po lepsze wykształcenie, dla obycia, dla doświadczenia. Czasem przyjeżdżają w odwiedziny do krajów przodków.

     Tygiel, jaki powstał w Ameryce Południowej, fascynuje swoją różnorodnością. Przez wieki biali kolonizatorzy mieszali się z miejscową ludnością, czarnymi niewolnikami i przybyszami z Azji. Zupełnie inaczej niż w Afryce, gdzie ostro praktykowana segregacja rasowa zakonserwowała podziały. Wśród Latynosów nikogo nie dziwią wielobarwne korzenie. Zazwyczaj mają skórę o pięknym czekoladowym odcieniu i wyraziste oczy z brązowymi tęczówkami. Ale można spotkać również takich, co skórę mają bardzo jasną jak Szwajcarzy lub niemal czarną jak Nigeryjczycy, albo niebieskookich blondynów rodem z Pomeranii.

     Sposób myślenia mają niezwykle zbliżony do europejskiego. Uważają nasz kontynent za bardzo istotny składnik swojej tożsamości. Studiują tu więc ekonomię, socjologię, filozofię, języki. Ci, których poznałam, bardzo dobrze orientują się w europejskiej historii i literaturze (w odróżnieniu od mieszkańców Stanów Zjednoczonych, z którymi rozmawiałam). Czasem zostają, ale zazwyczaj wracają do siebie, żeby podzielić się zdobytą wiedzą i umiejętnościami. I to jest rys, który mnie w nich zachwyca. Doskonale wiedzą, że sytuacja w Ameryce Łacińskiej jest trudna, że od kilkudziesięciu lat rządzą nimi zazwyczaj bezwględni dyktatorzy wojskowi, że jest mnóstwo biedy i brutalności, że ciężko o dobre warunki do nauki i pracy. Mimo to, a pewnie właśnie dlatego, wracają pełni optymizmu, chcąc poprawić swoją ojczyznę. 

     Ich radość życia widać w każdej chwili, w sprężystości ruchów, w śmiechu, w śpiewie, który nigdy ich nie opuszcza. Wydają się czasem zbyt chaotyczni lub zbyt śmiali w tej całej pasji, ale czyż to nie jest urocze? W szczególności w porównaniu z ułożonymi, zdystansowanymi Austriakami. Latynosi dostali język z Europy, rytm muzyki z Afryki, a przy tym wszystkim zachowują w sobie coś, czego jeszcze nie potrafię opisać, ale co z pewnością pochodzi z ich ziemi. Coś z wysokich Andów, coś z amazońskiej dżungli, coś z surowego wybrzeża Pacyfiku.

Donnerstag, 17. Mai 2012

Małe radości życia w akademiku

    Jak już wspominałam, żyję sobie w żeńskim akademiku, przy uliczce Michaelerstraße, w spokojnej dzielnicy Währing. Dawno nie pisałam o wydarzeniach w akademiku, bo... nic się nie dzieje. Jadąc do takiego babińca, bałam się, że kłaki będą latać na lewo i prawo, przez korytarz nie będzie można przejść z powodu potoków żółci i jadu, a pokoje podzielą się na partie, frakcje i sojusze rozdzielone zasiekami. Tymczasem brak podstawowego czynnika mącącego atmosferę (czytaj: mężczyzn) sprowadza na naszą małą społeczność błogość i nudę. 

     Każdy żyje tu swoim rytmem. Niektóre dziewczyny wstają o piątej rano, inne o dwunastej. Są takie, które codziennie odkurzają w pokoju i takie, które wywieszają na drzwiach zawieszkę "Bitte, nicht putzen" (to wiadomość dla sprzątaczek: "proszę nie sprzątać"). Są takie, jak Amerykanka, które najpierw nasłuchują i rozglądają się przez szparę w drzwiach, zanim wyjdą do kuchni, a są takie, jak dwie Włsozki, które uwielbiają spędzać czas w kuchni przy kawie, a dodam, że to typowe Włoszki, które mówią dużo, głośno i na raz. Mają swoje miejsce w lodówce i swoje potrawy, które najchętniej gotują. Są w różnym wieku, czasem się uczą, czasem dorabiają, a czasem pracują w pełnym wymiarze.

     Trochę szkoda, że nie ma głębszego ducha integracji na piętrze. Z drugiej strony nie ma się czemu dziwić. Język stanowi poważną przeszkodę, jeżeli chce się pogadać o czymś więcej niż o pogodzie. Poza tym pojawiają się różnice w rozumieniu naszych obowiązków wobec akademika, a to prowadzi do ciężkiej atmosfery. Istnieje bowiem zasada, że jeżeli sprzątaczki podczas sprzątania kuchni zastaną brudne naczynia, pozbywają się ich. Robią to w ten sposób, że wrzucają naczynia do wora i wystawiają na balkon, gdzie czekają, aż ktoś się nimi zainteresuje. Całkiem rozsądne, robactwa byśmy nie chciały. Niestety ostatnio doszło do sytuacji, gdzie nikt się do pobrudzenia naczyń nie przyznawał, była ich cała sterta (wyglądało to na sporą imprezę), a na dworze trzydzieści stopni w cieniu. Zaczęłyśmy żywo odczuwać ich brak. Leżały biedne talerze i szklanki, garnki i sztućce ze dwa tygodnie, zanim zebrała się grupka zdeterminowanych, która wspólnymi siłami pokonała zmorę. Czy coś się zmieniło wobec tego? A gdzieżby! Dalej się zdarza, że naczynia zostają. Przypalona patelnia, widelce, kubki... Rano ktoś robi sobie kanapkę, a potem nie ma czasu umyć noża. Niby drobiazg, ale na dłuższą metę zaczyna irytować. Szczególnie, gdy ty też się spieszysz, a musisz szukać zastawy na balkonie i czyścić ją za kogoś.

     Problemy sprawia też kwestia własności naczyń. Bo wiadomo, że jak coś jest wspólne, to nie należy do nikogo i nie trzeba o to dbać (biedny opiekacz notorycznie oblepia stary, zwęglony ser). Pretensje zaczynają się też w momencie, gdy ktoś zostawia własne naczynia w suszarce, a potem odnajduje je dopiero po miesiącu albo wcale. Niektóre dziewczyny postanowiły powiedzieć "dość" takiej sytuacji i oto na ścianach kuchni rozgorzała interesująca dyskusja. Kartki przyklejają do płytek i opisują tam, jak powinno się postępować z naczyniami (tj. myć je), blatami (tj. ścierać je, gdy są brudne), rozsypaną kaszą na podłodze (tj. poodkurzać ją, a nie czekać, aż sprzątaczka w poniedziałek tym się zajmie), zalaną kuchenką (tj. pościerać ją, bo przy następnym użyciu przypali się), itp. Poza tym do głosu dochodzą pragnienia odzyskania utraconej własności. O sytuacjach łazienkowych wspominać nie będę. Długie listy skarg, zażaleń, próśb, sprostowań i ogłoszeń drobnych. Fascynujące!

     Pomimo opisanych powyżej problemów, czuję się tu całkiem dobrze, bo przyznacie, że to drobiazgi. Przy Michaelerstraße znajduję potrzebny spokój i skupienie. Polubiłam ascetyczny pokoik z widokiem na drzewa, które teraz bujnie się rozrosły. Nauczyłam się, jak używać kuchenki elektrycznej (do tej pory korzystałam tylko z palników gazowych i miałam mnóstwo problemów, żeby wyczuć temperaturę kuchenki bez widoku otwartego ognia).  W pobliżu mieści się szkoła, z której dobiegają radosne okrzyki dzieci, piosenki, muzyka z fortepianu. Z balkonu kuchennego widać zielony, pełen kwiatów skwer, czy też raczej dziedziniec wewnątrz kwartału kamienic. Nawet teraz, gdy zmarznę, mogę odkręcić kaloryfer, który będzie grzać. Gdy wracam do akademika, zawsze wita mnie z wysokości archanioł Michał, którego posąg stoi na rogu kamienicy. Trzyma miecz, a pod stopami gniecie szatana. Gdy wychodzę, pozdrawia mnie jako ostatni przed zanurzeniem się w miasto. Budujące, nieprawdaż?

Samstag, 5. Mai 2012

Nigdy nie pytaj Kolumbijczyka...

...o to, gdzie mieszka - tak mi poradziła Tiffany, koleżanka z piętra w akademiku. Opowiedziała mi nieco o swojej rodzinnej Kolumbii, a szczególnie o jej stolicy - Bogocie, bo stamtąd właśnie pochodzi.

     Z jednej strony Bogota do złudzenia przypomina miasto europejskie. Takie same domy, ulice, ludzie zupełnie normalni, ubierają się normalnie, jeżdżą takimi samymi samochodami i pracują w normalnych zawodach typu lekarz, prawnik, fryzjer, sklepikarz. Kolorowe twarze różnych ras też już nikogo by nie zszokowały. A jednak Bogota różni się znacząco od stolic Europy. Pod względem atmosfery jest typowym południowoamerykańskim miastem, gdzie obok normalności znajdują miejsce skrajnie populistyczne władze, mafia narkotykowa, bieda i bogactwo na skalę u nas nie spotykaną. Tiffany co chwilę bulwersuje się kolejnymi absurdami swojego kraju. Najbardziej nie znosi "etykietowania" ludzi. Już tłumaczę w czym rzecz...

     Podatki płaci się nie od tego, co się zarobi, ale od tego, gdzie mieszkasz. Każda więc dzielnica w Bogocie ma swoją etykietkę w zależności od jej standardu w skali od 1 do 6. Najniższe klasy nie płacą wcale podatków, 6 płaci najwyższe. Oczywiście, można przenieść się do mniej luksusowej dzielnicy i tym sposobem mniej pieniędzy oddawać państwu, ale tym samym traci się prestiż z tym związany, a co za tym idzie wpływy i szacunek w swoim otoczeniu. Miejsce zamieszkania prosto i bez ogródek wskazuje miejsce delikwenta w hierarchii społecznej.

6 - oczywiście creme de la creme. To są ci, których ogląda się w telewizji: czołowi politycy, aktorzy, modelki, piosenkarze i ci, którzy są najbardziej wpływowi: biznesmeni i pseudobiznesmeni, właściciele ogromnych majątków. Mogą mieć po kilka mieszkań i jedno z nich na przykład zajmuje całe piętro apartamentowca (ponad pięćset metrów kwadratowych). Dysponują poza tym w każdym garażu ośmioma samochodami, czternastoma motorami i trzema kierowcami. Ze względów bezpieczeństwa do takiego garażu prowadzi prywatna winda prosto z salonu. Nie trzeba dodawać, że trzęsą całą Bogotą.

5 - ludzie bogaci, ale bez fajerwerków. Ich dzieci może nie studiują w Szwajcarii lub Południowej Karolinie, ale w innym stanie amerykańskim już tak. Żyją przyjemnie i dostatnio, ale do najwyższej warstwy nie tak łatwo im się wspiąć przez szklany sufit.

4 - normalność. Może to być normalne (oczywiście na standardy europejskie) mieszkanie w bloku lub dom wolnostojący. Ci ludzie mają dostęp do wszystkich potrzebnych mediów, mają normalną pracę, internet, ich dzieci często kończą wyższe uczelnie w Bogocie.

3 - standard nieco niższy od poprzedniego. Różnią się właściwie tym, że przy trójce pewnie jest jakaś głośna dyskoteka, albo fabryka naprzeciwko zasłania zupełnie słońce. Może tatuś nie pracuje w gazecie, ale na pewno jest uczciwym mechanikiem. Czasem mogą na chwilę odłączyć prąd lub internet.

2 - słynne favelas. Domki, które ludzie sami sobie budują z tego, co tylko uda im się znaleźć lub tanio kupić. Taka samowolka budowlana. Miewają wodę i prąd i wtedy płacą symboliczne pieniądze, ale lepiej nie pić tej wody prosto z kranu. Bardzo stłoczone i niebezpieczne. Żyje w nich mnóstwo ludzi, mnóstwo wielodzietnych rodzin. Kobiety sprzątają i gotują bogatszym mieszkańcom Bogoty, mężczyźni pracują ciężko fizycznie lub kradną i zabijają. Do favelas wchodzą tylko ci, którzy tam mieszkają lub mają tam rodzinę. Czasem wchodzą tam politycy, żeby "być bliżej ludu".

1 - wzgórze, na którym domem jest to, co uda się wygrzebać ze śmietnika. Karton, plastikowe rurki przykryte szmatami. Zero kanalizacji, zero prądu, zero bezpieczeństwa. Gdy pada deszcz, cały dobytek tych ludzi spływa razem z wodą. Wzdłuż granicy tej strefy biegną zasieki, przejść pilnuje policja. Gdy ktoś z zewnątrz chce wejść, musi się u nich zapisać, a potem przy powrocie wypisać. Jeżeli nie wrócił przed nocą, to znaczy, że zginął.

0 - Tak! Jest również i taka etykieta, choć nieformalna. To ludzie, którzy nie mają nic. Bezdomni.


     Zapytać kogoś z Bogoty, gdzie mieszka to tak, jakby niegrzecznie i bez ogródek dopytywać go o to, kim jest i ile zarabia. Kolumbijczycy zdradzają swój adres tylko osobom najbardziej zaufanym. Może się okazać, że zaproszenie kogoś z wyższej klasy do domu będzie kompromitacją z powodu zbyt niskiego statusu. Z drugiej strony, przyjmowanie gości w luksusowym mieszkaniu, niektórzy odbiorą za próbę ich podporządkowania. Kolumbijskie przepisy podatkowe podkreślają różnice między klasami. Przyklejają każdemu łatkę, której nie tak łatwo się wyzbyć. Wspomagają tworzenie systemu niemal kastowego, nie licząc się z tym, co tak naprawdę reprezentują sobą konkretni ludzie.

Sonntag, 29. April 2012

Co Kolumbijka robi w Wiedniu

     Pewnego razu, wracając po zajęciach, zastałam w drzwiach do pokoju kartkę, na której była wypisana nagląca prośba o kontakt. Autorką wiadomości była Tiffany, Kolumbijka, która mieszka na moim piętrze. Wspominałam już o niej. Jednak dopiero teraz miałyśmy okazję dłużej porozmawiać. A sprawa była poważna.

     Tiffany jako obywatelka egzotycznego kraju, który kojarzy się zazwyczaj z narkotykami i mafią, trochę z Shakirą i być może czasem komuś z noblistą Márquezem, w Europie ma tylko pod górkę. Od trzech lat mieszka po tej stronie Atlantyku i jak sama twierdzi, o konsulatach, ambasadach, wydawaniu wiz, złośliwości urzędników i kłamstwach rządzących wie wszystko. Ludzie, gdy słyszą, że pochodzi z Kolumbii, pytają czy jest terrorystką. Tymczasem Tef jest normalną, radosną, młodą kobietą pochodzącą z tamtejszej klasy średniej, która zakochała się w języku niemieckim i chciałaby go solidnie poznać. Niestety w Bogocie nie oferują takich luksusów jak filologia niemiecka. Mają tylko coś na kształt. Zresztą, wszystkie filologie obce (w liczbie do pięciu) na tamtejszym uniwersytecie, może oprócz angielskiego, są tylko na kształt. Z zasady ktoś, kto chce się na serio uczyć, wyjeżdża z Kolumbii.

     Moja sąsiadka najpierw przyjechała do Londynu, do rodziny. Zwiedzała, uczyła się języka, pracowała itp. Jednak Tiffany nie ma za ojca barona narkotykowego, więc nie stać jej na studia w Londynie. Trzeba przy tym wiedzieć, że czesne dla osób z "trzeciego świata" wynosi nie kilka tysięcy funtów rocznie, ale co najmniej kilkadziesiąt. Tak więc Tef przeniosła się do Niemiec. Najpierw jako au-pair. Żeby zarobić, poduczyć się do egzaminu C1 z niemieckiego. Bez takowego certyfikatu trudno dostać się na cokolwiek w Niemczech, a już szczególnie na germanistykę. Pierwsza rodzina, do której trafiła, okazała się niekompatybilna. To znaczy płacili, ile trzeba, zafundowali jej kurs języka, wynajęli osobne mieszkanie, ale... Wyobraźcie sobie, że do typowej niemieckiej, poukładanej, spokojnej rodziny przyjeżdża energetyczna, towarzyska Latynoska, która w ich mowie zna tylko kilka podstawowych zwrotów. Tiffany miała nadzieję, że przynajmniej na kursie językowym pozna kogoś, kto jej dotrzyma towarzystwa. Tyle się nasłuchała o multikulturowości niemieckich miast, tymczasem, jak to sama stwierdziła: "Türkisch, Türkisch, Türkisch, Syrisch". Czyli zupełnie inne klimaty. W następnym roku pełna nadziei zmieniła miasto i rodzinę, by rozczarować się jeszcze bardziej. Teraz mówi, że absolutnie nigdy więcej nie wróci do Niemiec.

     Co dalej? Naturalnie wybór padł na Austrię. Tiffany mówi, że wbrew opiniom o ksenofobizmie Austriaków, ich podejście do imigrantów jest całkiem znośne. Przynajmniej w porównaniu do Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji. Same regulacje prawne nie stanowią dobrej podstawy porównania, ponieważ decyduje zdanie konkretnej osoby w urzędzie (skąd my to znamy!). Czy będą ją pytać, po co chce studiować w Europie? Czy będą wymagali zaświadczenia o tym, że będzie w stanie się utrzymać? Czy będą ją pytać, dlaczego zmienia wizę studencką na turystyczną lub odwrotnie? Czy będą ją pytać o szczegóły życiorysu? Nigdy nie wiadomo, co będzie decydujące. 

     Przyjechała do Wiednia w marcu, tak jak ja. Chciała znaleźć pracę, ale nie znalazła. Uczy się intensywnie i niebawem będzie miała egzaminy. Od nowego semestru będzie już legalną studentką Uniwersytetu Wiedeńskiego i problemy (teoretycznie) skończą się, ale teraz właśnie ma problem z przedłużeniem wizy w Austrii na czas wakacji. Próbowała więc dostać rumuńską wizę, ale okazało się, że Rumunia nie jest w Schengen i Tef musiałaby siedzieć w Bukareszcie, czego nie chce. Próbowała francuskiej i niemieckiej, ale jej odmówili. Spróbowałyśmy też z polską wizą, co było właśnie przedmiotem tajemniczej rozmowy. Niestety także bezskutecznie. Skoro nie udało się zostać w Unii Europejskiej, to już niech będzie gdziekolwiek w okolicach. Próbowała wyjechać na kilka tygodni do Turcji, do rodziców swojego narzeczonego, ale strona turecka nie potwierdziła zniesienia wiz dla Kolumbijczyków tak szumnie otrąbionego przez władze kolumbijskie. Próbowała spędzić ten czas u koleżanki w Moskwie (co ciekawe rosyjskie regulacje dla Kolumbijczyków są wyjątkowo przyjazne), ale Moskwa okazuje się jeszcze droższa niż Londyn czy Wiedeń. Tiffany nie ma nic przeciwko powrotowi do domu, jednak loty do Ameryki Południowej są horrendalnie drogie. Nie dziwię się jej, że próbowała wszelkich sposobów, żeby jednak zostać po tej stronie oceanu.

     Powyższe akapity to oczywiście wierzchołek góry lodowej problemów i pomysłów znajomej Kolumbijki. Przez dwa wieczory opowiadała mi swoje barwne losy i tłumaczyła obecną sytuację. Patrząc z perspektywy obywatela Rzeczpospolitej Polskiej, mam niesamowite szczęście. Pamiętam jeszcze, gdy wyjeżdżałam do Niemiec czy do Czech z paszportem, ale teraz wydaje mi się to jakąś odległą, mglistą przeszłością. Możemy przejechać tysiące kilometrów bez żadnych przeszkód i bez szczególnych przeszkód możemy mieszkać i pracować gdziekolwiek w Europie. Dopiero rozmowa z Tiffany uświadomiła mi, że są ludzie, którzy są bardzo zdeterminowani, żeby się do tej swojej wymarzonej Europy dostać, a którym nikt w tym nie pomoże. Przy czym ci ludzie są normalni, myślą po europejsku, nie chcą nigdzie podkładać bomb, chcą się uczyć i pracować. Ale mieli pecha urodzić się w Kolumbii, a w np. Wenezueli i muszą walczyć o wizę.

Donnerstag, 19. April 2012

Studenci protestują

     Wychodzę z epigrafiki. Idę w kierunku biblioteki. Słyszę krzyki i gwizdy. Mecz transmitują? Brakuje krzyków w stylu "Austria gola", wychodzę więc przed budynek, żeby zobaczyć, czy nie zbliża się jakaś demonstracja. Patrzę w lewo. Nic. Patrzę w prawo. Znowu nic. Wycofuję się do głównego wejścia do Hauptuni. Natężenie dźwięków rośnie. Skręcam znów do biblioteki. Patrzę na wprost. I co widzę? Ludzi. Ludzie, ludzie, ludzie... Dużo ludzi. Krzyczą do siebie, gwiżdżą, śmieją się. Przemykam chyłkiem do biblioteki. 

     Książki stłumiły głosy. Do czasu. Ktoś przyniósł bęben. I gwizdki. Chyba nawet znalazł się wodzirej, bo zaczęli rytmicznie skandować.

     Przeczytałam, co miałam do przeczytania i wychodzę z biblioteki. Na reprezentacyjnej klatce schodowej nadal tłum ludzi. Gdzieś kamery się pojawiły. Błyskają flesze. Kilkoro ludzi przebranych za klaunów, kilkoro z miotłami w fartuchach. Przed uniwersytetem wozy policyjne. Dojrzałam w końcu transparenty z żądaniami. Nic nie rozumiem. Ani napisów, ani okrzyków.

     Blokują wejście do Rektoratu, tak? A po co? Że co chcą zamknąć? Ahaaa...

     Uniwersytet podjął decyzję o zamknięciu studiów licencjackich na kierunku "Rozwój międzynarodowy". Z tego powodu dotychczasowi studenci od rana 19 IV tarasowali wejście do Rektoratu. Część sama się rozeszła, część została wyproszona przez policję w okolicach godziny siedemnastej. Na skutek protestu (i prawdopodobieństwa kolejnych demonstracji) do odwołania wstrzymano wszystkie zajęcia i egzaminy w głównym budynku.

Samstag, 31. März 2012

Polak Węgier...

     Ostatnimi czasy zajmuję się głównie tak fascynującymi tematami jak ceramika średniominojska czy geneza pieczęci cylindrycznych w Mezopotamii, więc wybaczcie, że nie dzielę się z Wami moimi drobnymi radościami. Prawdopodobnie w związku z rosnącą ilością materiału do przerobienia na studiach częstotliwość pisania notek spadnie, ale zapewniam Was, że nie zaniknie zupełnie.

     Tymczasem chcę się podzielić radością innego rodzaju, a mianowicie znajmością z dwojgiem Węgrów niedawno zawartą. Mirellę poznałam na zajęciach z epigrafiki. Ma co prawda asymetryczną twarz, co irytuje moje poczucie estetyki, ale miłe i otwarte usposobienie z naddatkiem rekompensują wszelkie niedobory urody pojmowanej klasycystycznie. Poza tym Mirella jest naprawdę interesującym rozmówcą. Urodziła się w wiosce gdzieś w Wojwodinie. Dla niezorientowanych: Prowincja Autonomiczna Wojwodina jest częścią Serbii. Mieszkają w niej głównie Serbowie i Węgrzy, ale nie brakuje i wielu innych: Słowaków, Chorwatów, Rumunów, Romów lub nieco mniej oczywistych "narodowości" jak Jugosławianie (ludzie, którzy nie utożsamiają się z żadną konkretną narodowością byłej Jugosławii) i Buniewcy (którzy często podają się za Chorwatów). Otóż Mirella w swojej wiosce w Serbii chodziła do węgierskiej szkoły, a serbskiego zaczęła się uczyć w okolicach piętnastego roku życia, żeby móc studiować w stolicy prowincji - Nowym Sadzie. Gdzieś podczas studiów poznała Adriana i z czasem z jego powodu przeniosła się do Austrii, gdzie właściwie od zera nauczyła się niemieckiego. Nasze rozmowy z Mirellą płynnie przechodzą między niemieckim i angielskim (bo angielskiego też się zdążyła nauczyć) w zależności od bieżących potrzeb.

     Adrian również jest Węgrem i też pochodzi z Wojwodiny. Jego rodzina przeniosła się jednak do Austrii (do Baden) jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych (skojarzenia z wojną i rozpadem Jugosławii jak najbardziej na miejscu). W Wiedniu skończył ekonomię, potem przewinął się przez kilka firm, by ostatecznie stwierdzić, że bycie psem korporacji nie jest dobre dla zdrowia psychicznego. Wybitnie przyczyniła się do tego pewna upierdliwa kobieta z Polski, która była przedstawicielką najważniejszego partnera handlowego ostatniej firmy, w której pracował Adrian. Ponieważ Adrian był odpowiedzialny za współpracę z partnerami handlowymi, a współpraca wybitnie nie chciała się ułożyć, zrezygnował. Obecnie rozmyśla, co dalej. Ze swoim doświadczeniem i płynną znajomością trzech języków (węgierski, niemiecki, angielski) nie powinien mieć problemów z powrotem do pracy w jakiejś dużej firmie, jednak nie jest pewien, czy naprawdę chce wracać do kapitalistycznego kieratu.

     Z Mirellą tworzą przeuroczą parę. Zajmują się kompletnie różnymi rzeczami. Adriana śmiertelnie nudzą szczegółowe zagadnienia historii antycznej, a Mirella ni w ząb nie rozumie pewnych zagadnień ekonomicznych. Ale jakoś dają sobie razem radę. Odnoszą się do siebie z niespotykaną czułością i widać, że znajdują mnóstwo wspólnych tematów, które nie dotyczą ich bezpośrednich zainteresowań zawodowych. Znajdują sporo radości w urządzaniu wspólnego mieszkania z czego tylko się da: starych mebli od rodziców, przedmiotów kupionych na bazarku albo w Ikei, książek, serwetek od babci. Obrzydliwe ciemnozielone kanapy pomysłowo spacyfikowali białymi ścianami w pokoju i fioletowym dywanikiem. Niewielkim kosztem udało im się nowocześnie i wygodnie zagospodarować przestrzeń wokół siebie. 

     Mirella bez wahania zaprosiła mnie do siebie, gdy usłyszała, że potrzebuję coś wydrukować. Spotkałam się z niezwykle życzliwym przyjęciem. Rozmowa, chociaż prowadzona w języku dla wszystkich obcym toczyła się gładko i żywo. Widać, że czują się nieco obco w Austrii, ale jednocześnie nie bardzo wiedzą, dokąd mieliby się udać. Do Serbii nie chcą wracać. Na twarzy Adriana widać jakby urazę, gdy mówi o tym państwie, a lekceważenia nawet nie ukrywa. Mirella też nie widzi dla siebie miejsca w Nowym Sadzie czy Belgradzie (historyk starożytności! w Serbii jeszcze gorzej takiemu znaleźć pracę niż w Polsce). Węgier natomiast nie znają. Kilka turystycznych wizyt w Budapeszcie to za mało, żeby podjąć decyzję o przeprowadzce.

      Oboje ujęli mnie swobodną szczerością. Nie są wylewni, nie narzucają się, ale w ich towarzystwie można bez skrępowania przejść do trudnych i osobistych tematów. Mam nadzieję, że nasza znajomość pogłębi się z czasem. Zaproponowali mi  nawet wspólne wycieczki po historycznych miejscach Austrii. Regularnie co dwa-trzy tygodnie robią takie wypady poza miasto, żeby poznać trochę kraj, w którym właśnie mieszkają. Z radością przytaknęłam i jesteśmy umówieni na pierwszy wyjazd po świętach.

Sonntag, 18. März 2012

Wiosna, ach to Ty!

     Oficjalnie ogłaszam, że Wiosna przyszła. Kwiaty powychodziły gromadnie spod trawy, a ludzie masowo wylegli na ulice, żeby złapać trochę słońca. Jakieś ptaszysko na okrągło wyśpiewuje swoje arie z drzewa naprzeciw okna, a snop dziennego światła budzi mnie wytrwale już od siódmej rano. Życie jest piękne.

     Ciepło sprzyja spacerom i wyprawom do parku. Można na przykład przejść się do pobliskiego Währinger Park, zeby poczytać. W parku jest wielki plac zabaw dla dzieci z fantazyjnymi urządzeniami, skatepark dla rolkarzy, deskorolkarzy, hulajnogowców i bikerów. Siatką ogrodzono specjalne strefy, w których można puścić wolno każdego psa. Ławki ciągną się licznie wzdłuż alejek. Nie mniejszą popularnością cieszą się też miejscówki na ziemi. Nawet o tak wczesnej porze roku cieszy czystość i zieloność trawy. Po jednej stronie parku znajduje się bieżnia i boisko, po drugiej zabudowania mojego uniwersytetu. Chodzę tam co piątek na zajęcia z archeologii.

     Wielką zaletą parku jest jego bliskość. Po pięciu minutach spaceru jestem na miejscu. Mogę usiąść na ławce i popatrzeć na ciekawych ludzi. Liczną grupę stanowią studenci, ze względu na bliskość uczelni. Rozkładają się na trawniku, popijają piwko i rozmawiają. Niektórzy ćwiczą tzw. slacklining, czyli chodzenie po linie. Właściwie to nie lina, lecz taśma, i wisi na wysokości zazwyczaj pół metra, ale wzbudza spore emocje i zainteresowanie. W niektórych parkach wybudowano nawet specjalne betonowe słupki do rozwieszania taśmy. Poza studentami do parku chodzą oczywiście rodziny z dziećmi. Jest ich naprawdę mnóstwo w każdym parku. Place zabaw są dobrze przemyślane i odpowiednie dla każdej grupy wiekowej. W wiedeńskich parkach ludzie często biegają i jeżdżą rowerami. Po samych twarzach i sylwetkach widać, że wszyscy tu bardzo dbają o zdrowie. Kosze segregacyjne (hmm... istnieje takie sformułowanie w polszczyźnie?) stoją niemal na każdym rogu, więc o zdrowym środowisku też się nie zapomina. Popularnym środkiem transportu jest Smart, kopnięte żelazko - jak mówi mój dziadek. Małe autko miejskie doskonale sprawdza się w tutejszych warunkach, bo zajmuje niewiele miejsca, a i spalanie paliwa ma nienajgorsze (a benzyna tu pioruńsko droga). Poza tym miasto ma doskonałą komunikację miejską przystosowaną do wózków dziecięcych i inwalidzkich, do najbliższego większego parku można więc spkojnie podjechać autobusem. Mniejsze parki i skwery spotyka się co i rusz, przez co zdążyłam się już zakochać w tym mieście.

     Nawet przed akademikiem mam uroczy skwerek. Wysokie drzewa otoczone kamienicami stwarzają poczucie bezpieczeństwa. Kawałek dalej (monotonii mówimy stop!) w centrum kwartału stoją całkiem swojskie bloki. Wysokie na jakieś siedem-osiem pięter, jasnozielone lub jasnokremowe, z balkonami. Jakby je ktoś tu ze Śłużewa przeniósł. Po dłuższych oględzinach widać i różnice. Pomiędzy blokami mnóstwo stojaków rowerowych, podziemne parkingi ukryte pod ogrodem, balkony pomalowane przez mieszkańców w esy-floresy. Cisza w niedzielny poranek wręcz przeszywająca. 

     Kawałek dalej trafiłam na artystyczne zagłębie. Dla kaprysu weszłam w pierwszą lepszą bramę przy Währinger Straße. Za bramą jakiś trawnik, dookoła jakieś przejazdy, tylne wejścia do budynków, a na wprost przejście między dwoma rzędami budynków zakryte to dachem, to blachą, to przezroczystym plastikiem. Przed wejściem reklama firmy budowlanej. W głębi natomiast ciągną się tajemnicze drzwi i pozamykane okna. Ściany są odrapane, często popisane, tu i ówdzie stary plakat. W kilku witrynach umieszczono grafiki i fragmenty tekstów. Znalazłam też jedną tablicę zapisaną kredą. Tekst na niej dłuższy niż pozostałe, na pierwszy rzut oka przypomina fragment dłuższej prozy. Mnóstwo nieznanych wyrazów. Nie rozumiem. Ale sfotografowałam tekst i zamierzam go przetłumaczyć. Przejście kończy się kolejną bramą, która wychodzi na Gentzgasse. Muszę kiedyś zajrzeć tam ponownie, żeby sprawdzić, czy to miejsce naprawdę żyje, czy jest tylko pozostałością po czymś, co już umarło.

     Bo Wiedeń nie jest do końca idealny. Niczym szczególnym są puste wystawy zamkniętych sklepów czy restauracji. Przy ruchliwszych ulicach szybko zapełniają się od nowa, ale przy Semperstraße lub Sternwartestraße, które są naprawdę ciche i mało uczęszczane, jest takich miejsc więcej. Widać, że niektórym właścicielom psów nie chce się wydłużać spaceru o te dziesięć minut i pozwalają swoim pupilom załatwiać się na chodniku. Do obszernych kubłów na segregowane odpady często zaglądają różni ludzie. Biedacy? Bezdomni? Po prostu zbieracze puszek? Przy Hauptuni spotkałam kilkoro żebraków, ale widać po nich ewidentnie, że są Cyganami, którzy w ten sposób "zarabiają". W mojej osiemnastej dzielnicy mieści się dużo bogatych willi i jest naprawdę spokojnie, ale na przykład wzdłuż Mariahilfer Straße bywa niebezpiecznie. Mieszka tam więcej imigrantów, którym ciężko odnaleźć się w drogim, bogatym, europejskim mieście. Wieczorami na każdym roku prostytutki zaczepiają przechodniów. Tam i gdzie indziej widziałam sytuacje, w których kilku mężczyzn różnych narodowości wygraża sobie nawzajem w łamanym niemieckim. Raz pobili się w biały dzień. Zdarzyło się to dokładnie vis a vis dumnej Volksoper. Mieszkam tu ledwo paręnaście dni i obracam się w obrębie czterech-pięciu wewnętrznych dzielnic na ogólną liczbę dwudziestu trzech. Kto wie, co się tam dzieje?

     Wracając do przyjemniejszych spraw... W końcu wiosna, czyż nie? Helena wzięła mnie do  jednego z największych parków w mieście: Turkenschanz Park. Nie mam pojęcia, dlaczego się tak nazywa, Helena też nie. Ale wkrótce to sprawdzę. Faktem jest, że park jest spory. Ma urozmaiconą rzeźbę terenu. Mnóstwo w nim oczek wodnych, pagórków, mostków, urokliwych przejść, drzew i trawników, po których można deptać. Przeraziłam się ilością ludzi, która tam uderzyła. Nie miałam pojęcia, że chodzenie do parku może być zjawiskiem masowym. Wyglądało to, jakby odbywał się jakiś festyn, ale żadnego nie było. Helena wyjaśniła, że właściwie, to zawsze jest tak w słoneczne niedziele. Widać, muszę się przyzwyczaić do tłumów. Pomimo zagubienia wśród ludzi spacer okazał się nadzwyczaj przyjemny. Moja rozmówczyni czyni błyskawiczne postępy w polszczyźnie i ma doskonałą wymowę. Wzajemne, nieprzymuszone, swobodne uczenie się swoich języków daje błyskawiczne efekty i wprawia w radosny nastrój. Zdecydowanie polecam na wiosnę.

Samstag, 17. März 2012

Thomas Geiger

Witam. Wśród mnóstwa ludzi, którzy co rusz zaczepiają mnie na ulicy, zainteresował mnie jeden pan. Wysoki po samo niebo, przystojny, z uśmiechem tak szerokim, że widać mu trzonowce. Stał na placu Marii Teresy tuż przy Kunsthistorisches Museum i trzymał kartkę z napisem "I want to become a millionaire". W czym rzecz? Sprawdźcie! Dziś zamiast notki tylko link: www.twgeiger.de

Sonntag, 11. März 2012

Party im TV-Raum

     Dziewczęta z mojego akademika zadziwiają spokojem i nieśmiałością. Jeszcze nie zarejestrowałam tu żadnych większych hałasów. Nawet w kuchni podczas przygotowywania posiłków nieczęsto zawiązują się rozmowy. Niektóre osoby ograniczają czas tam spędzony do absolutnego minimum i uciekają, gdy tylko ktoś inny się pojawi na horyzoncie. Tym bardziej ucieszyłam się, widząc ogłoszenie na lodówce o treści dość chaotycznej, ale jednocześnie dobitnej. Będzie party.

     Party odbyło się w sobotni wieczór w pokoju telewizyjnym (TV-Raum). Zaproszeni byli wszyscy. A właściwie wszystkie, bo wcale nie tak łatwo o mężczyznę w tym babińcu (poza Panem Portierem o imieniu Willi, ale on się nie liczy). Uczta składkowa, każdy przynosi coś do picia i coś na ząb. Do picia wybrałam butelkę szlachetnego białego wina Orvieto (prosto z Włoch!), które było najtańszym, jakie udało mi się znaleźć w Sparze, a do jedzenia ciasteczka z czekoladą, które przyjęto z głębokim uznaniem i entuzjazmem (chociaż połowa uczestniczek spotkania deklarowała, że jest właśnie na diecie). TV-Raum mieści się w piwnicy, ma tylko dwa malutkie okienka i tej samej wielkości telewizor, którego nikt nie ogląda. Najważniejsze w TV-Raum są wielkie kanapy. 

     Gdy dotarłam na spotkanie większość miejsc na kanapach była zajęta. Dokonałyśmy przedstawienia. Mam kiepską pamięć do imion, szczególnie jeżeli pojawiają się w dużej liczbie na raz i są wypowiadane we wszystkich akcentach, jakie sobie można wymyślić, więc wybaczycie, że nie przytoczę ani jednego. Dużo łatwiej w tych warunkach zapamiętać czyjąś narodowość. A było ich równie wiele, co. Przez party przewinęło się do pięćdziesięciu osób, a były tylko dwie rodowite Austriaczki i jedna Niemka z Hannoveru. Co ciekawe większość osób lepiej mówiła po angielsku, więc początkowe starania, żeby prowadzić rozmowę po niemiecku spełzły na niczym. Cały świat nam się tu zebrał! Oprócz Polek w akademiku mieszkają dziewczyny z Czech, Słowacji, Serbii, Bułgarii, Włoch, Francji, Cypru, Finlandii, Szwecji, USA, Kolumbii, Brazylii, Bangladeszu, Chin, Wybrzeża Kości Słoniowej... Do wyboru do koloru! Piękne, roześmiane, znające języki itd. Tylko facetów brak...

    Kolejne fale uczestników wywoływały nową kolejkę prezentacji. Imię, kraj pochodzenia, kierunek studiów, preferowany język. Muzyczka grała w tle, ciasteczka chrupały. Ktoś nawet przyniósł Alkogrę. Znalazł się korkociąg do mojego wina (wino może tanie, ale nie bylejakie!). Przedstawiono mi Polkę, której wcześniej nie znałam: Martę. Co ciekawe Marta też studiuje na Uniwersytecie Warszawskim i też przyjechała tu z historii. Jest rok młodsza i dziesięć centymetrów niższa ode mnie, ma urocze piegi i rude włosy. Pracuje nad odtworzeniem relacji między cesarzową Sissi, a jej teściową. Uwielbia epokę Marii Teresy i Franciszka Józefa, więc czuje się w Wiedniu jak w raju. Przegadałyśmy razem sporą część wieczoru. 

     Niestety niedobór płci brzydkiej spowodował ku mojemu rozczarowaniu, że nikt o tańcach nie pomyślał. Ech... Trzeba jakoś przeżyć. Pomimo niedogodności wieczorne spotkanie pozwoliło mi się zorientować w mieszkankach akademika. Poznałam mnóstwo nowych sympatycznych twarzy. Zobaczymy jeszcze, co z tego urośnie.

Freitag, 9. März 2012

Językowe rozgrzewki

     Jesteście ciekawi moich zmagań z językiem? Nawet jeżeli nie, to i tak nie macie wyboru. Dziś będę pisać o niemieckim. Po tygodniu spędzonym w Austrii mogę powiedzieć, że przeszłam już chrzest bojowy i z dnia na dzień czuję się coraz pewniej w trudnej mowie Bernharda i Rilkego.

     Ab ovo. Niemieckiego uczę się od czwartej klasy szkoły podstawowej, ale zawsze pozostawał martwym językiem. Nigdy nie miałam specjalnej okazji, żeby mówić po niemiecku poza laboratoryjnymi warunkami w szkole. Wkuwanie słówek, list odmiany, schematów syntaktycznych... To wszystko szybciej z głowy wychodziło niż do niej wchodziło. 

     Teraz jest zupełnie inaczej. Jakby w mózgu ktoś mi otworzył dodatkową klapkę. Do tej pory czułam niemiecki gdzieś głęboko z tyłu głowy. Teraz czuję go w czole i w języku, tak jakbym dochodziła do niego zupełnie inną drogą. Nie czuję żadnej łączności między tym, co mówię, a tymi słówkami i zasadami, których się uczyłam. Podejrzewam, że bez długoletniego przygotowania czułabym się gorzej, ale minie jeszcze wiele czasu, zanim obie niemieckie drogi połączą się.

     Dużo muszę siedzieć nad oficjalnymi dokumentami. Fantazyjne niemieckie słowa-pociągi kiedyś doprowadzą mnie do załamania nerwowego. Sporadycznie można znaleźć je w słowniku. Trzeba więc takiego tasiemca cierpliwie podzielić na segmenty i sprawdzić każdy z osobna, żeby w końcu domyślić się treści. Bo przecież znaczenie słowa nie równa się prostej sumie słów wchodzących w jego skład. W codziennym życiu jakoś można się domyślać, można się w czymś pomylić, o coś dopytać, ale przy wypełnianiu formularzy trzeba bezbłędnie zidentyfikować konkretne dane, jakich ode mnie wymagają.

    Bardzo intensywnie pomagają mi w nauce różni ludzie. Po pierwsze Helena, o której już pisałam. Helena pochodzi z Grazu, ale mówi zupełnie przyzwoitym Hochdeutschem, czyli literacką wersją niemieckiego. Łatwą jest mi ją zrozumieć i ona w lot chwyta, co próbuję powiedzieć, bo miała już do czynienia z Polakami. Poza tym jest zafascynowana językiem polskim, co znalazło wyraz w aplikacji na wyjazd w ramach Erasmusa do Poznania. Poza tym Helena uczy się jeszcze serbskiego, francuskiego i zupełnie dobrze zna angielski. Półtorej godziny spędziłyśmy na książką do nauki polskiego, czytając wstępne dialogi. Ponieważ Helena dopiero zaczyna naukę polskiego, wszelkie wątpliwości wyjaśniałyśmy po niemiecku. Niezwykłym doświadczeniem było dowiedzieć się, że w polskim mamy schwache, weiche und historische weiche Konsonanten. Jakoś zestawy podanych głosek nie składały mi się w żaden sposób, choć kwestia zmiękczania prześladuje chyba każde dziecko w szkole podstawowej, które uczy się polskiej ortografii. 

     Drugą osobą, z którą rozmawiam po niemiecku jest Tiffany. Tiffany pochodzi z Kolumbii, ale spędza już trzeci rok w Europie. Pracowała jako au-pair w Niemczech, teraz szuka pracy gdzieś w wiedeńskiej restauracji, żeby zarobić, skończyć zaawansowany kurs niemieckiego i dostać się od nowego roku akademickiego na germanistykę. Przed przybyciem do Europy zwiedziła parę krajów Ameryki Południowej, więc sądzę, że jeszcze wiele interesujących rozmów przed nami. Poza tym Tiffany zachęca mnie do mówienia po hiszpańsku, który działa w mojej głowie jeszcze gorzej niż niemiecki, czyli prawie wcale. Ale do wszystkiego dojdziemy powolutku...

Bardzo pomocna okazuje się również Maria. Moja buddy. Dostałam od niej zaproszenie na spotkanie z jej rokiem - studentami arabistyki. Na spotkanie w Cafe Derwisch przyszło sporo osób. W większości Austriaków stąd i owąd. Był też jeden Niemiec i... Afgańczyk. A mówiąc precyzyjnie: Pers. Wyjaśnił kilka rzeczy, które dotyczyły różnic między Pasztunami a Persami i innymi mniejszymi grupami, ale raczej niechętnie mówił o Afganistanie. Od dziesiątego roku życia mieszka w Austrii i twierdzi, że nie chce pamiętać swojego poprzedniego domu. Opowiadał za to dużo o tym, jak to trudno było mu się nauczyć niemieckiego. Słuchając Wiedeńczyków, wcale mu się nie dziwię. Austriacki brzmi zdecydowanie inaczej niż Hochdeutsch. Na 2 mówią coś w rodzaju cwo zamiast cwai, zamiast fertiś mówią fertik, mówią grussgott zamiast gutmorgn i tak dalej. Używają też różnych słów. Gdy rozmawia Niemiec z Austriakiem doskonale słychać różnice. Co ciekawe, po nauce Hochdeutscha, łatwiej zrozumieć mi Niemców i niż Austriaków. Zresztą, sami Austriacy mówią, że większość Niemców nie musi się jakoś szczególnie wysilać, żeby mówić językiem literackim (oczywiście poza Bawarczykami i Szwabami). W samej Austrii poza Wiedniem są trzy różne dialekty i to zróżnicowane do takiego stopnia, że ich użytkownicy nie są w stanie siebie nawzajem zrozumieć.

     Moje pierwsze zderzenie z prawdziwym wiedeńskim dialektem nastąpiło, co zaskakujące, w bibliotece uniwersyteckiej. Panowie, którzy obsługiwali stanowisko zapisów mówili tak dziwnie, że nie zrozumiałam ani słowa. Raczej domyślałam się, co do mnie mówią, niż wiedziałam. Nie potrafiłam nawet oddzielić od siebie poszczególnych słów. Nic. Ściana. Stało to w jawnej sprzeczności ze spokojną, wyraźną niemczyzną wykładowców. 

     W Polsce praktycznie nie mamy dialektów. Dobitnie mi to uświadomiła Helena, gdy opowiadała o tym, jak się uczy polskiego. Czy to słuchała czytanek z płyty, czy prosiła jakiegoś Polaka o przeczytanie tekstu, zawsze wymowa pozostawała ta sama. Natomiast, gdy dziewczyna jedzie do swojej babci, która mieszka w małej wiosce gdzieś pod Grazem, ma prawdziwy problem, żeby ją zrozumieć, chociaż teoretycznie używają tych samych słów. I wcale nie chodzi tu o konflikt pokoleń, tylko o zupełnie odmienną wymowę. 

     Jeszcze wiele godzin niemieckiego przede mną...

Donnerstag, 1. März 2012

Pierwszy dzień w Wiedniu

     Po całonocnej podróży dotarłam na Westbahnhof o szóstej dwadzieścia. Wbrew obawom rodziny, nie czyhała na mnie horda barbarzyńców gotowa ograbić mnie ze wszystkiego. Bagaże prawdopodobnie ważyły tyle samo, co ja, ale poddały się mojej sugestii, żeby nie stać w miejscu. Bez problemów znalazłam taksówkę i dotarłam pod właściwy adres.

      Zaczęło się. Miasto przyjęło mnie łagodnie, jak życzliwy nauczyciel. Dostałam pokój w akademiku przy Michaelerstraße 11 w osiemnastej dzielnicy. Korytarze nie wyglądają zachęcająco - szare, odrapane ściany, rachityczne kwiatki, przedpotopowe ogłoszenia w okienku portierni. Za to wszystko pozostałe czyste, miłe i zadbane. Kuchnie i łazienki sprzątane codziennie tak, że nie ma ani śladu grzyba czy robactwa. Pokoiki niewielkie i ascetyczne. Mieszczą w sobie dokładnie tyle, ile potrzeba do skromnego studenckiego życia. Od lewej szafa, łóżko, biurko, nad nim półka, naprzeciw wejścia okno, idąc z powrotem w prawo jeszcze komoda i umywalka z lustrem we wnęce. Białe ściany, ciemnozielony dywan, zielone drzwi. Z okna widać drzewa, jeszcze nagie, i piękne niebo. 
     
     W powietrzu czuć wyraźnie wiosnę. Ludzie chodzą w dobrych nastrojach. Czekając na portiera, zdążyłam poznać dziewczę o imieniu Helena. Helena jest wysoka, energiczna i całkiem ładna. Mieszkała wcześniej z dwiema Polkami i nauczyła się trochę polskiego. Żywi wielką sympatię do naszego kraju. Żywo poruszała się dzisiejszego ranka po kuchni, szykując mi herbatę. Zaproponowała tandem. Układ ten polega na uczeniu siebie nawzajem swoich ojczystych języków. Wspaniały pomysł! Gdybym tylko nie była po ciężkiej nocy w pociągu, z pewnością latałabym pod sufitem z radości.

     Człowiek przyjeżdża szkolić tu swój niemiecki, a Buddy Group z miejsca przerzuciła się na współczesny język międzynarodowy, czyli angielski. Już o dziesiątej byliśmy umówieni na śniadanie do Tunnel Vienna. Miejsce kultowe ze względu na wspaniałe, urozmaicone, obfite śniadania w rozsądnej cenie. Wystrój i klimat lekko artystowski. Ponoć wieczorami grają tu muzykę na żywo. Mimo wczesnej pory sporo ludzi zarówno na parterze, jak i na galeryjkach. Moi buddies zamawiają śniadania: panie wszelkiego rodzaju zestawy z pomidorem w roli głównej, panowie bez wyjątku omlet na szynce. Buddy Group jest programem, który pozwala studentom z wymian szybciej odnaleźć się w mieście. Oprócz mnie byli jeszcze Dunka Sanne, dwaj Amerykanie Austin (pochodzenia niemieckiego) i Devan (pochodzenia włosko-syryjskiego). Poza tym nasze gospodynie, czyli Maria i Veronika. Milutkie istoty, które mają szczerą chęć ułatwić nam życie. Oświeciły nas w kwestiach dotyczących wiedeńskiego odpowiednika USOSa, biblioteki, biletów semestralnych na komunikację miejską i noblistów-absolwentów ich uczelni. Same korzyści poza tym, że zamiast po niemiecku wszyscy mówią po angielsku. Na koniec jeszcze niespodzianka - cała obsługa lokalu składa się z Polaków.

     Miasto żyje sobie powolnym, lecz pracowitym życiem. Widać wszędzie dbałość o porządek, a jednocześnie swoisty luz. Atmosfera zachęca do zanurzenia się w sprawach pożytecznych. Wysokie, strojne kamienice przypominają cesarskie czasy, a liczne wystawy wyspecjalizowanych, czarujących sklepów świadczą o współczesnym dobrobycie mieszkańców. Oczywiście czas pokaże, ile z tego pierwszego wrażenia pozostanie. 

     Tymczasem Sabinchen musi odpocząć, wyspać się, żeby od jutra z entuzjazmem zabrać się do poznawania miasta i urządzania pobytu na uczelni.