Słynne wzgórze, z którego król Jan III Sobieski dowodził odsieczą wiedeńską. Cel sobotnich i niedzielnych wycieczek wiedeńczyków. Kahlenberg - najlepszy punkt do podziwiania panoramy Wiednia.
Można tam dojść piechotą. Można dojechać. Ze względu na późną porę wybrałam opcję na kółkach. Najpierw musiałam się dostać na Grinzing. Grinzing wchodzi teraz w skład dziewiętnastej dzielnicy (Döbling), ale niegdyś był uroczą wioseczką, której klimat oraz układ zachowały się w dużej mierze do tej pory. Po wyjściu z tramwaju 38 przywitały mnie jedno lub dwupiętrowe kamieniczki i przytulne kafejki zgromadzone wokół placu. Pośrodku stała restauracyjka, której właściciel chwalił się takimi gośćmi jak Mozart, Goethe i Grillparzer (taki austriacki Krasiński). Nieco dalej niewielki kościółek. Czekam piętnaście minut i jedziemy dalej autobusem 38A.
Droga kręta, wąska. Wzdłuż niej rosną drzewa. Najpierw mijamy kamienice, które stopniowo przechodzą w wille o pomysłowej architekturze. Wille otaczają ogrody. Z czasem coraz większe. Drogą wznosi się coraz stromiej, coraz ostrzejsze zakręty musi wykonywać autobus. Wille zamieniły się w niewielkie domki, a i te w końcu rozpłynęły się między lasem a winnicami. Jedziemy dalej. Ludzi w autobusie niewielu. W końcu popołudnie w środku tygodnia. Robimy kółko wokół parkingu przy pałacyku Cobenzl (tu część Japończyków wysiada, żeby zrobić sobie trochę fotek przy słynnej winiarni) i zmierzamy już prosto na Kahlenberg. Miejscami asfalt przechodzi w bruk, spomiędzy drzew zaczyna prześwitywać wysokość. Autobus się trzęsie na nierównościach i ja się trzęsę, ale ze strachu. Wspominałam, że mam lęk wysokości?
Ostatni kawałek wiedzie prosto i niemal płasko przez las. Zajeżdżamy na gigantyczny parking, teraz pusty. Wszyscy wysypują się z autobusu. Większość ludzi nie ma zielonego pojęcia, w którą stronę do widoku. Idziemy więc za parą w średnim wieku, która wygląda na obeznaną. Tu jakieś stragany, tam niewysoki biały kościół św.Józefa. Mijamy jeszcze MODUL University Vienna, jeszcze restauracja, jeszcze przedrzeć się między stolikami i...
Oto jest!
Spokojnie bijące serce Austrii. Wiedeń jak na dłoni. Widok bije na głowę zarówno perspektywę z Belwederu jak i Schönbrunnu. Widać niemal wszystko. Nawet najwyższe wieżowce, wieże telewizyjne wydają się malutkie. Diabelski młyn z parku Prater wygląda jak drobna obrączka. Po lewej rozciągają się zadunajskie dzielnice Wiednia. Potem widać odnogi Dunaju, centrum biznesowe UNO-City jak pudełka po paście do zębów, mosty przez Dunaj jak kolorowe zapałki nad wodą. Szarawe centrum miasta usadowiło się tuż nad rzeką, jakby się na niej opierało łokciem. Z trudem odnalazłam wzrokiem Stephansdom. Nieco łatwiej było odnaleźć Spittelau - spalarnię śmieci zaprojektowaną przez Hundertwassera. Bez trudu za to rozpoznałam szpital powszechny: dwa wielkie klocki otoczone zielenią. Flakturm z Augarten też się nie schowała. Dzielnice wokół centrum są bardziej kolorowe. Wraz z odległością od centrum coraz więcej zieleni. Zachodnie i północne dzielnice Penzing, Ottakring, Hernals i Währing rozpraszają się wśród ogrodów domkami jednorodzinnymi i willami. Ogrody przechodzą w skwery, skwery w parki, a parki w las: Wiennerwald. Patrząc ku prawej stronie, ku zachodowi, pojedyncze punkty zabudowań giną wśród drzew. Teren fałduje się, a las ciemneje. Miasto się kończy i dopiero teraz widać, że leży w niewielkiej dolinie, którą otaczają góry. Z odległością góry rosną i siwieją. Nad nimi już tylko niebieskie niebo i wyraziste, popołudniowe słońce. Spokój. Oswojona dzicz.
Nieśmiało zaproponuje...może jakieś zdjęcia? :)
AntwortenLöschenPfff! A gdzie wyobraźnia? :P
AntwortenLöschenPoza tym ja nie umiem robić zdjęć. A i tak zdjęcia nie oddadzą wrażenia.