Samstag, 5. Mai 2012

Nigdy nie pytaj Kolumbijczyka...

...o to, gdzie mieszka - tak mi poradziła Tiffany, koleżanka z piętra w akademiku. Opowiedziała mi nieco o swojej rodzinnej Kolumbii, a szczególnie o jej stolicy - Bogocie, bo stamtąd właśnie pochodzi.

     Z jednej strony Bogota do złudzenia przypomina miasto europejskie. Takie same domy, ulice, ludzie zupełnie normalni, ubierają się normalnie, jeżdżą takimi samymi samochodami i pracują w normalnych zawodach typu lekarz, prawnik, fryzjer, sklepikarz. Kolorowe twarze różnych ras też już nikogo by nie zszokowały. A jednak Bogota różni się znacząco od stolic Europy. Pod względem atmosfery jest typowym południowoamerykańskim miastem, gdzie obok normalności znajdują miejsce skrajnie populistyczne władze, mafia narkotykowa, bieda i bogactwo na skalę u nas nie spotykaną. Tiffany co chwilę bulwersuje się kolejnymi absurdami swojego kraju. Najbardziej nie znosi "etykietowania" ludzi. Już tłumaczę w czym rzecz...

     Podatki płaci się nie od tego, co się zarobi, ale od tego, gdzie mieszkasz. Każda więc dzielnica w Bogocie ma swoją etykietkę w zależności od jej standardu w skali od 1 do 6. Najniższe klasy nie płacą wcale podatków, 6 płaci najwyższe. Oczywiście, można przenieść się do mniej luksusowej dzielnicy i tym sposobem mniej pieniędzy oddawać państwu, ale tym samym traci się prestiż z tym związany, a co za tym idzie wpływy i szacunek w swoim otoczeniu. Miejsce zamieszkania prosto i bez ogródek wskazuje miejsce delikwenta w hierarchii społecznej.

6 - oczywiście creme de la creme. To są ci, których ogląda się w telewizji: czołowi politycy, aktorzy, modelki, piosenkarze i ci, którzy są najbardziej wpływowi: biznesmeni i pseudobiznesmeni, właściciele ogromnych majątków. Mogą mieć po kilka mieszkań i jedno z nich na przykład zajmuje całe piętro apartamentowca (ponad pięćset metrów kwadratowych). Dysponują poza tym w każdym garażu ośmioma samochodami, czternastoma motorami i trzema kierowcami. Ze względów bezpieczeństwa do takiego garażu prowadzi prywatna winda prosto z salonu. Nie trzeba dodawać, że trzęsą całą Bogotą.

5 - ludzie bogaci, ale bez fajerwerków. Ich dzieci może nie studiują w Szwajcarii lub Południowej Karolinie, ale w innym stanie amerykańskim już tak. Żyją przyjemnie i dostatnio, ale do najwyższej warstwy nie tak łatwo im się wspiąć przez szklany sufit.

4 - normalność. Może to być normalne (oczywiście na standardy europejskie) mieszkanie w bloku lub dom wolnostojący. Ci ludzie mają dostęp do wszystkich potrzebnych mediów, mają normalną pracę, internet, ich dzieci często kończą wyższe uczelnie w Bogocie.

3 - standard nieco niższy od poprzedniego. Różnią się właściwie tym, że przy trójce pewnie jest jakaś głośna dyskoteka, albo fabryka naprzeciwko zasłania zupełnie słońce. Może tatuś nie pracuje w gazecie, ale na pewno jest uczciwym mechanikiem. Czasem mogą na chwilę odłączyć prąd lub internet.

2 - słynne favelas. Domki, które ludzie sami sobie budują z tego, co tylko uda im się znaleźć lub tanio kupić. Taka samowolka budowlana. Miewają wodę i prąd i wtedy płacą symboliczne pieniądze, ale lepiej nie pić tej wody prosto z kranu. Bardzo stłoczone i niebezpieczne. Żyje w nich mnóstwo ludzi, mnóstwo wielodzietnych rodzin. Kobiety sprzątają i gotują bogatszym mieszkańcom Bogoty, mężczyźni pracują ciężko fizycznie lub kradną i zabijają. Do favelas wchodzą tylko ci, którzy tam mieszkają lub mają tam rodzinę. Czasem wchodzą tam politycy, żeby "być bliżej ludu".

1 - wzgórze, na którym domem jest to, co uda się wygrzebać ze śmietnika. Karton, plastikowe rurki przykryte szmatami. Zero kanalizacji, zero prądu, zero bezpieczeństwa. Gdy pada deszcz, cały dobytek tych ludzi spływa razem z wodą. Wzdłuż granicy tej strefy biegną zasieki, przejść pilnuje policja. Gdy ktoś z zewnątrz chce wejść, musi się u nich zapisać, a potem przy powrocie wypisać. Jeżeli nie wrócił przed nocą, to znaczy, że zginął.

0 - Tak! Jest również i taka etykieta, choć nieformalna. To ludzie, którzy nie mają nic. Bezdomni.


     Zapytać kogoś z Bogoty, gdzie mieszka to tak, jakby niegrzecznie i bez ogródek dopytywać go o to, kim jest i ile zarabia. Kolumbijczycy zdradzają swój adres tylko osobom najbardziej zaufanym. Może się okazać, że zaproszenie kogoś z wyższej klasy do domu będzie kompromitacją z powodu zbyt niskiego statusu. Z drugiej strony, przyjmowanie gości w luksusowym mieszkaniu, niektórzy odbiorą za próbę ich podporządkowania. Kolumbijskie przepisy podatkowe podkreślają różnice między klasami. Przyklejają każdemu łatkę, której nie tak łatwo się wyzbyć. Wspomagają tworzenie systemu niemal kastowego, nie licząc się z tym, co tak naprawdę reprezentują sobą konkretni ludzie.

Freitag, 4. Mai 2012

Serce moje! Dusza moja!

     Tyle spraw już poruszyłam, a jeszcze nie pisałam o najważniejszym! Przecież te wszystkie atrakcje, muzea, zabytki, kolekcje sztuki, parki, ludzie i imprezy to tylko mały dodatek, drobne urozmaicenie, skromna oprawa dla miejca, które stanowi centrum mojego zainteresowania. Mogłabym przyjechać tu wyłącznie po to, żeby przekroczyć próg tej szacownej instytucji. Piszę oczywiście o Bibliotece.

     Bibliotek w Uniwersytecie Wiedeńskim jest mnóstwo. Nie będę się rozwodzić nad Hauptbibliothek (Biblioteka Główna), bo można ją sobie nawet w internecie pooglądać. Dość powiedzieć, że jest duża i fajna. I można z niej wypożyczać do pięćdziesięciu(!) książek w tym samym czasie. Problemem tylko może być to, że trzeba koniecznie mieć kartę biblioteczną, aby móc z niej korzystać. Do wyrobienia karty trzeba natomiast meldunku na terenie Austrii. Cóż, życie. Na szczęście jako student Univie mam to z głowy.

     Najbardziej dla mnie interesujące są oczywiście bilioteki specjalistyczne. Najwięcej czasu spędzam ostatnio w Fachbereichsbibliothek Alte Geschichte (Biblioteka Historii Starożytnej).

A oto plan biblioteki:
 
















     Królują tu dwie dziedziny: epigrafika i papirologia. Oczywiście zaplątało się tu trochę etruskologii i mykenologii, ale to chyba przez przypadek. Każdy z pracowników Instytutu Historii Starożytnej ma do czynienia z epigrafiką lub papirologią. A najlepiej obiema na raz. Patrząc na ten księgozbiór (ponad dwadzieścia pięć tysięcy woluminów), widzę, ile jeszcze roboty przede mną. 

     Do świątyni historii starożytnej wchodzi się z reprezentacyjnej klatki schodowej numer dwa. Trafiamy najpierw do przedsionka, jak przystało na miejsce spotkania ze sferą sacrum. W przedsionku pozbywamy się zbędnych obciążeń, czyli większych toreb i płaszczy.

I oto pierwsza sala:

     Raczej ciemna. Strzeże jej pan Niedermaier, który może nigdy nie mowi "dzień dobry", bo jest schowany za pulpitem, ale zawsze rzeczowo i miło odpowie na najgłupsze nawet pytania. Na prawo od niej można spotkać panią Ramharter, bibliotekarkę, która zawsze ma rozmienić (do szafek w szatni potrzeba monet dwueurowych). Idąc prosto, trafimy do czytelni. Atmosfera raczej sprzyjająca nauce, tym bardziej, że wszystkie potrzebne słowniki, encyklopedie, leksykony i kompendia są na wyciągnięcie ręki. Gdy z pierwszej sali skręcimy w lewo i przejdziemy przez drzwi, które widać na zdjęciu, dojdziemy do drugiego stopnia wtajemniczenia.

 
I oto druga sala:

      Na zdjęciu widać drzwi, przez które właśnie weszliśmy. Książki, książki, książki... Czy to nie jest piękne? Praktyczne wieszaki tuż przy miejscu pracy (na wypadek, gdyby pani bibliotekarka jednak nie miała rozmienić), stabilne drabiny i gniazdka na laptopy. Do salki wpada dużo naturalnego światła. Jasne drewno podkreśla pogodny nastrój. Ujmują mnie te filigranowe schodki na galerię. Szkoda, że strasznie trzeszczą przy wchodzeniu, ale można się do tego przyzwyczaić. Wzdłuż sali mieszczą się gabinety profesorów: Palmego, Mitthofa i Taeubera. O Palmem i jego wąsie wspominałam już kiedyś. Gdy pójdziemy dalej, trafimy do zakątka z tekstami autorów greckich i łacińskich, stoi tam jakże użyteczne ksero. Stąd możemy wybrać Sozialraum ("pomieszczenie socjalne" - że niby miejsce na jedzenie kanapek? jeszcze nigdy nie udało mi się tam wejść) lub do trzeciego stopnia wtajemniczenia.


A oto i trzeci stopień wtajemniczenia:

     Kącik epigrafików. Na zdjęciu widać ich księgozbiór. Z tyłu są jeszcze czasopisma, a po lewej indywidualne miejsca pracy (z osobistymi szafkami doktorantów i innych takich, komputerem, podręcznymi narzędziami i miejscem na kubek z kawą).

Na samym końcu, za ostatnimi drzwiami, za dwoma przedsionkami, za trzema salami, za wieloma półkami i za stosami książek znajduje się gabinet profesora Corstena. Zrozumiecie chyba, że gdy pierwszy raz tam trafiłam, nie bardzo wiedziałam, jak wrócić...




     Kolejną biblioteką marzeń jest Fachbereichsbibliothek Klassische Philologie, Mittel- und Neulatein (Biblioteka Filologii Klasycznej, Łaciny Średniowiecznej i Nowożytnej), która liczy sobie pięćdziesiąt osiem tysięcy woluminów. Zajmuje wiele pomieszczeń na dwóch piętrach. Zdjęcie pokazuje salę ogólną z główną czytelnią. Następna sala, która jest jeszcze większa, służy też jako salka wykładowa, więc trzeba z niej korzystać cicho i dyskretnie. Poza tym atmosfera, jaka panuje w tutejszej bibliotece wydaje się bardzo swojska.



     Z przyczyn organizacyjnych łacina średniowieczna znajduje się poza wolnym dostępem (inaczej by się nie zmieściła), a po klasykę trzeba biegać piętro wyżej. Ale czegoż się nie robi dla dobra nauki!


     Ostatnie miejsce, którym   chcę się pochwalić to Fachbereichsbibliothek Archäologie und Numismatik (to chyba każdy zrozumie). Biblioteka mieści się w byłym budynku Wyższej Szkoły Handlu Światowego przy Franz-Klein-Gasse, podobnie jak większość sal dydaktycznych archeologii, magazyn i imponujące laboratorium. Wszystkie książki są w wolnym dostępie. Mają ponoć sto tysięcy(!) woluminów. Archeologia klasyczna, proto- i prehistoria, numizmatyka, historia pieniądza, archeologia austriacka. Naprawdę sporo tego. Półki ciągną się w jedną i drugą stronę. Drewniane galeryjki są pełne książek.Z radością sięgnęłam po pierwszą książkę, którą zobaczyłam, tym bardziej, że trafiłam akurat na opis wykopalisk w pałacu w Knossos autorstwa samego Evansa.

Proszę nie sugerować się napisem "Ausgang" na drzwiach. To jest właśnie wejście do biblioteki. Ludzie tu przychodzą, siadają przy stolikach nad stosami raportów z wykopalisk i nieśmiało, z mozołem popychają naukę dalej. 



Mittwoch, 2. Mai 2012

Donauinsel

     Z okazji upałów i gługiego weekendu (Autriacy też świętują pierwszego maja, a co!) pół Wiednia wyległo na Donauinsel ("Wyspa Dunaju"). To nie takie trudne, bo Wiedeń jest niezbyt duży (przypomnę, mniej niż dwa i pół miliona, licząc całą aglomerację), a wyspa całkiem pokaźna (jak na wyspę rzeczną, rzecz jasna) i doskonale przygotowana na przyjęcie mas ludności. Spragnieni reklasu mieszkańcy znajdą wszystko, czego im potrzeba. 

     Na Donauinsel bardzo łatwo dotrzeć, gdyż docierają tam aż trzy z pięciu linii metra, ale nie tak łatwo ją przejść. Wyspa jest dość wąska, za to ciągnie się w obu kierunkach daleko poza granice miasta. Porasta ją piękna trawa, zielone drzewa i krzaki, które nadają jej miejscami naprawdę dzikiego charakteru. Jednak widać na każdym kroku dbałość o czystość i wygodę. Na wyspę można się dostać nie tylko piechotą, ale i na kółkach - rowerem, hulajnogą, deskorolką, na łyżworolkach i wielu, wielu innych pojazdach, który nazwy nie pamiętam lub nie znam. Wydzielono równe dróżki - osobno dla pieszych, osobno dla reszty. Ścieżki biegną tuż nad samą wodę i skośnie przez wyspę. Często zlewają się w większe lub mniejsze place, przy których można urządzić większe zgromadzenie. Poza tradycyjnym parkowym wyposażeniem typu ławki i kosze na śmieci (ustawione ze wzorcową częstotliwością), Donauinsel oferuje boiska do gry, trampoliny, pomosty do pływania, grille, artystyczne rzeźby, toalety... Wszystko. Nie brakuje restauracji, knajpek i budek z lodami lub fastfoodami. Zazwyczaj grupują się w pobliżu wyjścia ze stacji metra. Dla tych, którzy rozłożyli się nieco dalej i nie mają ochoty ruszać się z miejsca, wymyślono lodziarnie na kółkach, które co pewien czas zatrzymują się na małych, okrągłych placykach. 

     Długo się zastanawiałam, ale jeszcze nie wymyśliłam, co można by dodać jeszcze na wyspie. Pomimo tego, że ludzie w słoneczny dzień zwalają się tam tabunami, zawsze można znaleźć zaciszny zakątek dla siebie. Wzdłuż Neue Donau dominują młodzi, rodowici Austriacy. W samych kostiumach kąpielowych to leżą, to pływają w czystej, modrej wodzie. Wydaje mi się, że gdzieś nad Neue Donau działa oczyszczalnia ścieków, bo Alte Donau po drugiej stronie wyspy wygląda już normalnie - szaro. Doskonały wiatr wykorzystują windsurferzy. Miejscami też zmontowano takie wielkie urządzenia do nart wodnych. Wsadzają delikwenta na narty bądź deskę, dają kijek ze sznurkiem do rąk i hajda! Machina ciągnie sznurek i nieszczęśnika za nim w kółko zbiornika. Ale Dunaj należy nie tylko do rozbrykanej młodzieży. Nad sztucznymi plażami kręci się sporo maluchów z matkami, ciotkami, babciami, starszymi siotrami, kuzynkami itd. Płytkie oczka wodne, oddalone nieco od samej rzeki, zapewniają bezpieczeństwo i ogrzaną wodę.

     Na polanach i placach grupują się rodziny, które grają w najróżniejsze gry pod słońcem. Widziałam w jednym miejscu na raz badmingtona, boule, siatkówkę, piłkę nożną, a nawet krykieta. W zagajnikach sąsiadujących z Grillzone (obszar przeznaczony do grillowania) dominują muzułmańskie rodziny. Widok jest to wręcz niesamowity, a mieszanka zapachowa oszałamiająca. Dookoła trzydzieści stopni, a oni wszyscy poubierani w długie rękawy i nogawki, a kobiety do tego noszą obowiązkowo chusty na głowach. Grillują sobie wszelakie koszerne mięsiwa, popijają herbatą z samowarów i pławią się wyziewach z płonących węgli. Oczywiście odpoczywają tam i "rdzennie europejskie" familie, ale odniosłam wrażenie, że mają mniejsze parcie na grupowe skwierczenie. Po krzakach można znaleźć różnych muzykujących artystów, głównie doboszy, których żywa muzyka umila czas.

     "Wyspa Dunaju" zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Stanowi doskonały przykład podejścia Austriaków do przestrzeni, która ich otacza. Wykorzystali naturalne walory swojego środowiska, żeby stworzyć miejsce po prostu dla ludzi, dla wielu różnych ludzi. W każdym szczególe widać jednocześnie troskę o jakość, estetykę i funkcjonalność. Mam chęć spędzać tam każdy weekend i jestem przekonana, że każdy z moich Szanownych Czytelników znalazłby tam coś dla siebie. Wrócę na koniec do porównania z Warszawą. Chociaż studiuję tam od trzech lat, jeszcze nie znalazłam miejsca równie przyjemnego i przyjaznego. Donauinsel to coś więcej niż Pola Mokotowskie, Łazienki, Park Skaryszewski i Powiśle razem wzięte (już widzę gromy miejscowych patriotów). Nie chcę być posądzana o proste krytykanctwo, ale moim zdaniem Warszawa ma dziesiątki lat do nadrobienia w dziedzinie "myślenia o ludziach" i "działania dla ludzi". Bo to nie tylko kwestia odpowiednich funduszy (które oczywiście są ważne), ale przede wszystkim pewnego rodzaju podejścia. Ze strony władz brakuje czegoś w rodzaju odpowiedzialnego spojrzenia na miasto, ciekawego, spójnego pomysłu i wrażliwości na potrzeby różnych grup ludzi. Od strony mieszkańców, czy szerzej: użytkowników, wypadałoby trochę więcej kultury, szacunku i dbałości o własne otoczenie. I może powolutku coś się zrobi...


Montag, 30. April 2012

Kunsthalle

Być w Wiedniu i nie pójść do Museumsquartier? Musiałam to zrobić.

     Jakkolwiek Kunsthistorisches Museum promienieje cudownością, tamtejsza kolekcja kończy się już na siedemnastym wieku. Czasem trzeba zaczerpnąć ze świeższych prądów sztuce, a Museumsquartier (MQ) jest właśnie takim miejscem, gdzie można poznać sztukę najnowszą. Kompleks znajduje się dokładnie naprzeciwko Muzeów Historii Sztuki i Historii Naturalnej. Składają się nań MUMOK (Museum Moderner Kunst), Leopold Museum, galeria sztuki nowoczesnej Kunsthalle Wien, Tanzquartier, czyli centrum sztuki tanecznej, Architekturzentrum Wien i parę mniejszych wynalazków typu sklepy, kawiarnie, atelier i tym podobne.

     Budynki, w których mieszczą się nadobne instytucje kultury, pochodzą z różnych czasów. Podstawę całego kompleksu stanowią... stajnie. Żeby nie było, że byle jakie stajnie. Były to stajnie cesarza Karola VI Habsburga, a architekt zatrudniony przy ich budowie odpowiadał również za Schönbrunn. Austriacy wyremontowali je i zaadoptowali na potrzeby muzeów całkiem niedawno, bo dziesięć lat temu. Do stajni cesarskich dodano jeszcze dwa budynki modernistyczne, to znaczy ni mniej, ni więcej dwa klocki: jeden szary drugi siwy, i oto mamy Museumsquartier!




     Teraz może o zawartości. Dziś wybrałam się tylko do Kunsthalle (wstęp dla studentów niecałe pięć euro) i zebrałam sporo wrażeń, z którymi jednak nie do końca potrafię sobie poradzić. Sam budynek przerobiono w środku bardzo ciekawie. Połączenie barokowych zdobień z nowoczesną, gładką linią wyposażenia. Białe ściany i lustra niczym z sali balowej, a z drugiej strony szara podłoga i czerwone lady. W tej chwili wystawiają tam niejakiego Ursa Fischera ze Szwajcarii. Rzeźbiarza.

I: Zamarznięty pionier. Lampa uliczna z aluminium w kolorze majtkowego różu. Jakby ugina się, deformuje. Wbrew tytułowi pierwsze moje skojarzenie wędruje do świec rozgrzanych przez słońce. Wizja bliska "Sklepom cynamonowym". Brakuje tylko rozpalonej ulicy w jakimś zapadłym, sennym miasteczku i można malować pejzaż. Ale dlaczego tytuł głosi coś wręcz przeciwnego?

II: Drabina. Stoi w kącie. Pada na nią światło z teatralnego reflektora. Obrysowano jej kontur na ścianie. Na samym szczycie stoi butelka z wodą, która nie doczekała się jednak zaznaczenia. Dlaczego? Czy to jakaś zjawa? Gdy przechodzę, mój cień przesuwa się przez cień drabiny. I co? Nic. Nie rozumiem.

III: Zgiń głodny. Takie coś z takim czymś. Wygląda jak odpad budowlany. Nie rozumiem.

IV: Ludzka warstwa. Jabłka różnych gatunków i banany pokryte warstwą silikonu. Mam nieprzystojną ochotę dotknąć tego silikonu. Wygląda jak półprzezroczysta, miękka pasta, która z pewnością ugnie się pod palcem. Czy te owoce są żywe? Ale po co? Że niby natura kontra kultura? Martwa natura z plastikiem? Tworzą się takie twory myślowe w głowie, ale gdzieś obok, bez przekonania.

V: Wrześniowa piosenka. Nogi oparte o postument. Właściwie to stopy, ułożone tak, jakby zostały oderwane od posągu plażowicza, który opiera nogi na stole. Nie rozumiem.

VI: Drzwi. Duże, drewniane drzwi na zasuwę. Wprawione w drewnianą framugę. Nic.

VII: Dr. Katzenberg (Ruina cywilizacji). Spora instalacja z luster. Przypomina niechlujną architekturę favelas. Albo stare gospodarstwa w centralnej Polsce. Powierzchnie luster układają się w niby-budynki, niby-drogi. Widać spojenia wyraźnie spojenia. Czasem lustra są odwrócone tyłem tak,  że widać ich plecy z dykty. Między lustrami przechadzają się lustrzane koty. W różnych pozach, poukrywane w zakamarkach, odbijają światło na wszystkie strony. Czasem na szczycie dachu któryś wypręża grzebiet, czasem między jednym a drugim moim własnym odbiciem odkrywam kota-nieskończoność między dwoma lustrami. Aż szkoda, ze nie można wejść do środka tego niby-miasteczka i pobawić się z odbiciami. Co artysta chciał przez to powiedzieć? Może miał Katzenjammer? Może słoneczko go raziło, a kot tupał za głośno? Nie mam pojęcia.

VIII: Nickname. Rogalik zawieszony w powietrzu z motylem, który na nim przysiadł. Rogali i motyl autentyczne, zakonserwowane. Wygląda to na aluzję do imienia, którego nie znam. 

IX: Różowa Dama. Widzę kobietę oblaną wściekle różową farbą. Siedzi na czymś. Dopiero po bliższych oględzinach okazuje się, że to stół odwrócony do góry nogami, który opiera się na powyginanym krześle. Kobieta jakby uśmiecha się, jakby wygina się w kokieteryjnej pozie. Jakby, bo pod warstwą farby czy jakiegoś tworzywa niewiele widać. Gdy spojrzeć od frontu, wygląda jakby zapraszała do łóżka. Reifikacja kobiecości? Umasowienie i bezczeszczenie piękna? Degradacja norm moralnych? A kto go tam wie tego rzeźbiarza...

X: Wychudzony wschód słońca. Biała ławka parkowa i na niej szkielet w dziwnej pozie. Pochylony, jednocześnie kolanami, głową i rękami dotyka ławki, a jednocześnie wypina pozostałości tyłka. Całość pokryta jakby kurzem albo gruzem. Wizja świata po wojnie atomowej? Współczesny danse macabre?

XI: Gałęzie. Patrzę i czuję się przeniesiona w inny wymiar. Dwie duże gałęzie pomalowane na srebrno obracają się w powietrzu jak wskazówki zegara, ale w pewnej odległości od siebie. Wiszą na masywnych srebrnych łańcuchach. Na jednym końcu każdej gałęzi przytwierdzono przeciwwagi, a na drugim - tym cieńszym - postawiono po jednej świecy. Świece cały czas płoną i w czasie, gdy gałęzie krążą, wosk kapie i zdążył wyrysować na podłodze dwa przecinające się okręgi. Bardzo silne uderzenie myśli: tempus fugit. Gałęzie cały czas obracają się, świece cały czas się spalają, wosk cały czas spływa w dół. Nieuchronnie cała machina rysuje dwa idealne okręgi. Atmosfera jak z niektórych wierszy Donne'a. Albo może jak z sabatu czarownic. Wciągnął mnie ruch świec. To przybliżały się, to oddalały, płonęły niespokojnie. Jak w życiu.

XII: Bez tytułu. Naturalnej wielkości figura autora z wosku. Siedzi przy stole z bulką. Płonie jak najzwyklejsza świeca. Spala się. Gdy oglądałam pracę, człowiek wypalił się już do połowy, dostawiono kilka butelek-świeczek na stół. Strumienie wosku utworzyły dookoła siedzącej postaci fascynujące wzory. Wosk spływał po nogach ubranych w dżinsy, po nogach krzesła, głowa zdążyła odpaść i leżała oparta czołem o stół. Złożone dłonie też były wypalone do połowy. Jeszcze widać resztki splecionych palców, ale w środku płomień wypracował fantastyczne kształty. Jak katedry. Artysta, który się spala. Artysta, który ciągle się zmienia, żeby utworzyć wielobarwne katedry z wosku. Katedry, które i tak zaraz się rozpuszczą.

     Nie rozumiem sztuki nowoczesnej. Zostawia pewien osad wrażeń. Zadrapie i pójdzie sobie. Czy dociera do środka? Nie wiem. Nie rozumiem. Może właśnie w tym problem, że nie rozumiem? Ale też nie. Przecież potrafię opisać to, co widzę. Przeanalizować poszczególne elementy konstrukcji i zinterpretować jej przesłanie. Ale... Nie czuję go. Ale też nie do końca. Jednak te prace wzbudzają we mnie jakieś uczucia. Niepokój? Zmieszanie? Może dotykają spraw, których nie chcemy lub nie potrafimy werbalizować? Może jeszcze się do niej nie przyzwyczailiśmy? Rozmyślania nad wystawą Fischera nie sprawiły mi przyjemności jak kontemplacja Gentileschiego czy Velazqueza. Dlaczego tak? I czy to moja wina?

Sonntag, 29. April 2012

Co Kolumbijka robi w Wiedniu

     Pewnego razu, wracając po zajęciach, zastałam w drzwiach do pokoju kartkę, na której była wypisana nagląca prośba o kontakt. Autorką wiadomości była Tiffany, Kolumbijka, która mieszka na moim piętrze. Wspominałam już o niej. Jednak dopiero teraz miałyśmy okazję dłużej porozmawiać. A sprawa była poważna.

     Tiffany jako obywatelka egzotycznego kraju, który kojarzy się zazwyczaj z narkotykami i mafią, trochę z Shakirą i być może czasem komuś z noblistą Márquezem, w Europie ma tylko pod górkę. Od trzech lat mieszka po tej stronie Atlantyku i jak sama twierdzi, o konsulatach, ambasadach, wydawaniu wiz, złośliwości urzędników i kłamstwach rządzących wie wszystko. Ludzie, gdy słyszą, że pochodzi z Kolumbii, pytają czy jest terrorystką. Tymczasem Tef jest normalną, radosną, młodą kobietą pochodzącą z tamtejszej klasy średniej, która zakochała się w języku niemieckim i chciałaby go solidnie poznać. Niestety w Bogocie nie oferują takich luksusów jak filologia niemiecka. Mają tylko coś na kształt. Zresztą, wszystkie filologie obce (w liczbie do pięciu) na tamtejszym uniwersytecie, może oprócz angielskiego, są tylko na kształt. Z zasady ktoś, kto chce się na serio uczyć, wyjeżdża z Kolumbii.

     Moja sąsiadka najpierw przyjechała do Londynu, do rodziny. Zwiedzała, uczyła się języka, pracowała itp. Jednak Tiffany nie ma za ojca barona narkotykowego, więc nie stać jej na studia w Londynie. Trzeba przy tym wiedzieć, że czesne dla osób z "trzeciego świata" wynosi nie kilka tysięcy funtów rocznie, ale co najmniej kilkadziesiąt. Tak więc Tef przeniosła się do Niemiec. Najpierw jako au-pair. Żeby zarobić, poduczyć się do egzaminu C1 z niemieckiego. Bez takowego certyfikatu trudno dostać się na cokolwiek w Niemczech, a już szczególnie na germanistykę. Pierwsza rodzina, do której trafiła, okazała się niekompatybilna. To znaczy płacili, ile trzeba, zafundowali jej kurs języka, wynajęli osobne mieszkanie, ale... Wyobraźcie sobie, że do typowej niemieckiej, poukładanej, spokojnej rodziny przyjeżdża energetyczna, towarzyska Latynoska, która w ich mowie zna tylko kilka podstawowych zwrotów. Tiffany miała nadzieję, że przynajmniej na kursie językowym pozna kogoś, kto jej dotrzyma towarzystwa. Tyle się nasłuchała o multikulturowości niemieckich miast, tymczasem, jak to sama stwierdziła: "Türkisch, Türkisch, Türkisch, Syrisch". Czyli zupełnie inne klimaty. W następnym roku pełna nadziei zmieniła miasto i rodzinę, by rozczarować się jeszcze bardziej. Teraz mówi, że absolutnie nigdy więcej nie wróci do Niemiec.

     Co dalej? Naturalnie wybór padł na Austrię. Tiffany mówi, że wbrew opiniom o ksenofobizmie Austriaków, ich podejście do imigrantów jest całkiem znośne. Przynajmniej w porównaniu do Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji. Same regulacje prawne nie stanowią dobrej podstawy porównania, ponieważ decyduje zdanie konkretnej osoby w urzędzie (skąd my to znamy!). Czy będą ją pytać, po co chce studiować w Europie? Czy będą wymagali zaświadczenia o tym, że będzie w stanie się utrzymać? Czy będą ją pytać, dlaczego zmienia wizę studencką na turystyczną lub odwrotnie? Czy będą ją pytać o szczegóły życiorysu? Nigdy nie wiadomo, co będzie decydujące. 

     Przyjechała do Wiednia w marcu, tak jak ja. Chciała znaleźć pracę, ale nie znalazła. Uczy się intensywnie i niebawem będzie miała egzaminy. Od nowego semestru będzie już legalną studentką Uniwersytetu Wiedeńskiego i problemy (teoretycznie) skończą się, ale teraz właśnie ma problem z przedłużeniem wizy w Austrii na czas wakacji. Próbowała więc dostać rumuńską wizę, ale okazało się, że Rumunia nie jest w Schengen i Tef musiałaby siedzieć w Bukareszcie, czego nie chce. Próbowała francuskiej i niemieckiej, ale jej odmówili. Spróbowałyśmy też z polską wizą, co było właśnie przedmiotem tajemniczej rozmowy. Niestety także bezskutecznie. Skoro nie udało się zostać w Unii Europejskiej, to już niech będzie gdziekolwiek w okolicach. Próbowała wyjechać na kilka tygodni do Turcji, do rodziców swojego narzeczonego, ale strona turecka nie potwierdziła zniesienia wiz dla Kolumbijczyków tak szumnie otrąbionego przez władze kolumbijskie. Próbowała spędzić ten czas u koleżanki w Moskwie (co ciekawe rosyjskie regulacje dla Kolumbijczyków są wyjątkowo przyjazne), ale Moskwa okazuje się jeszcze droższa niż Londyn czy Wiedeń. Tiffany nie ma nic przeciwko powrotowi do domu, jednak loty do Ameryki Południowej są horrendalnie drogie. Nie dziwię się jej, że próbowała wszelkich sposobów, żeby jednak zostać po tej stronie oceanu.

     Powyższe akapity to oczywiście wierzchołek góry lodowej problemów i pomysłów znajomej Kolumbijki. Przez dwa wieczory opowiadała mi swoje barwne losy i tłumaczyła obecną sytuację. Patrząc z perspektywy obywatela Rzeczpospolitej Polskiej, mam niesamowite szczęście. Pamiętam jeszcze, gdy wyjeżdżałam do Niemiec czy do Czech z paszportem, ale teraz wydaje mi się to jakąś odległą, mglistą przeszłością. Możemy przejechać tysiące kilometrów bez żadnych przeszkód i bez szczególnych przeszkód możemy mieszkać i pracować gdziekolwiek w Europie. Dopiero rozmowa z Tiffany uświadomiła mi, że są ludzie, którzy są bardzo zdeterminowani, żeby się do tej swojej wymarzonej Europy dostać, a którym nikt w tym nie pomoże. Przy czym ci ludzie są normalni, myślą po europejsku, nie chcą nigdzie podkładać bomb, chcą się uczyć i pracować. Ale mieli pecha urodzić się w Kolumbii, a w np. Wenezueli i muszą walczyć o wizę.

Mittwoch, 25. April 2012

Tycjan

     Dawno nie odwiedziłam Kunsthistorisches Museum. Prawdę mówiąc, stęskniłam się. Ostatnim razem odbiłam się od drzwi, bo zapomniałam, że w poniedziałki jest zwyczajowo nieczynne. Ponowna okazja nadarzyła się dopiero dzisiaj i muszę przyznać, że warto było czekać.

     W końcu, po wielu przemeblowaniach otworzyli skrzydło z malarstwem włoskim. Zreorganizowana wystawa robi wrażenie. Składa się głównie z malarzy renesansowych, a na samym początku wita wchodzącego Tycjan. Mistrz Tycjan przez kilkadziesiąt lat był największym malarzem Wenecji. Przez swoje długie życie namalował mnóstwo obrazów. Być może na pierwszy rzut oka trudno docenić jego genialność, ale jeżeli porównać go z poprzednikami np. z rodziną Bellinich, od razu widać gigantyczny postęp. Nie tylko jeśli chodzi o wykorzystanie kolorów, z czego Tycjan słynął, lecz i kompozycję, modelunek postaci, nastrój obrazu wyniósł na wyższy poziom. Kojarzy się głównie z przedstawieniami mniej lub bardziej rozebranych kobiet, a niesłusznie, bo jego dorobek malarski jest gigantyczny. Jako oficjalny malarz Dożów weneckich malował wielkie, reprezentacyjne, monumentalne płótna do pałaców, kościołów i zakonów, portretował papieży, urzędników, pisarzy i kupców, stworzył wiele fresków (które niestety zabiła wilgoć wszędobylska w Wenecji), tworzył sceny religijne i mitologiczne o bardzo różnym charakterze.

     W KHM pokazują całkiem sporo jego obrazów. Na przykład jedna z wersji "Danae" (pozostałe są w Neapolu, Petersburgu i Madrycie), "Diana i Kallisto", liczne portrety pięknych kobiet. Co zabawne, nie dojrzałam tam nigdzie "tycjanowskich włosów", jak je do tej pory rozumiałam. Większość jego modelek to typowe blondynki. Ani śladu rudości, ani krztyny miedzianego połysku! Tylko "Cygańska Madonna" nie była blondynką, bo była brunetką. Paradoksalnie te wszystkie piękności nie przyciągnęły zanadto mojej uwagi. To znaczy, owszem, świetny rysunek, ujmujące, ciepłe kolory, doskonała kompozycja, nastrojowe tła, wyidealizowane kobiece piękno, ale... Może przeidealizowane? Albo jakieś takie niecharakterne. Sportretowane damy wydają się wiotkie, rozmemłane i bez wyrazu. Żadnych ostrych rysów, żadnego wyrazistego spojrzenia. Nawet w scenach pełnych emocji i dramatyzmu (jak np. samobójstwo) jego postacie nie wyrażają sobą niczego szczególnego. Podobne miny mają nadobne panienki na pikniku w parku. 

     Może portret Izabeli d'Este jest trochę inny. Ale w sumie ciężko malować własną patronkę bez ubrań i w rozpuszczonych włosach. Tycjan przedstawił ją jako pewną siebie kobietę, ubraną w kosztowny, wysmakowany strój. Mam tylko wrażenie, że Izabela ma, jakby to ująć, jedno oczko bardziej. Złośliwość artysty? Defekt urody sponsora? A może to moje jedno oczko bardziej?

     Obrazem, który naprawdę mi utkwił w pamięci był "Bravo". To jedna z najwcześniejszych prac Tycjana, bardzo jeszcze w charakterze podobna do jego przyjaciela-mistrza-współpracownika Giorgione. Oto widzimy jak jeden mężczyzna zaczepia drugiego, chwytając go od tyłu za ramię. Zaczepiony młodzieniec ogląda się za siebie. Ma długie blond włosy i wieniec z winorośli na głowie. Jego twarz wyraża zdziwienie, a ściągnięte brwi dodają jeszcze posmak irytacji czy wręcz oburzenia. Usta rozchylają się, jakby chciały zapytać: ktoś ty. Z twarzy wzrok przesuwa się na uścisk na ramieniu. Grubo ciosana dłoń natręta zamyka się zdecydowanie. Wydaje się uchwycona w pół ruchu, który zmusza mężczyznę do zatrzymania się. Potem wzrok schodzi po czerwonym drapowanym rękawie do drugiej dłoni, którą tytułowy bravo chowa za plecami. Widzimy tam rękojeść i domyślamy się już reszty miecza. Ponoć "bravo" znaczyło wtedy "zabójca". Pełni jego postaci dodaje czarny, błyszczący pancerz. Ledwo widzimy twarz napastnika. Schowana w cieniu zdaje się nic nie wyrażać. Niesamowity efekt kompozycyjny daje ręka młodziana w niebieskim rękawie, która odsuwa się z odrazą, symetrycznie do ręki brava. Uwaga koncentruje się przez to na geście zatrzymania. Wzrok uparcie wraca do ręki zabójcy. Widać nawet jak palce sięgają za kołnierz. Tak uporczywie eksponuje punkt styku obu mężczyzn, że niemal nie zauważamy, że delikatny, młody blondyn też już trzyma rękę na mieczu.


Dienstag, 24. April 2012

Kłopoty UW

     Ostatnie protesty studentów Uniwersytetu Wiedeńskiego, skłoniły władze uczelni do podjęcia rozmów. Okazuje się, że za decyzją o zamknięciu studiów licencjackich Internazionale Entwicklung stoi dużo poważniejszy problem - deficyt finansowy wynoszący w tym roku 15 milionów euro.

     Czwartkowi demonstranci (patrz notka: Studenci protestują) zarzucali władzom uczelni nie tylko sam fakt zamknięcia kierunku Internazionale Entwicklung, ale przede wszystkim podjęcie takiej decyzji w sposób niedemokratyczny, to znaczy bez konsultacji ze studentami. Rektorat w odpowiedzi zaprosił studentów na rozmowy w poniedziałek, i w międzyczasie zamknął Hauptgebäude (Główny Budynek) na trzy dni na cztery spusty. Z ilości wszelakich ulotek, jakie zasypały dziś UW, wnioskuję, że rozmowy nie usatysfakcjonowały studentów. Ilość i treść oficjalnych, półoficjalnych i zupełnie nieoficjalnych maili również świadczy o rozbieżności stanowisk. Piękny UniVie zdaje się przechodzić ostry kryzys.

     Władze uczelni przedstawiły wczoraj sytuację finansową Uniwersytetu Wiedeńskiego. Sprawa wygląda w ten sposób, że w marcu tego roku weszła w życie ustawa uchwalona jeszcze w 2008, która znosi czesne na wszystkich uczelniach w Austrii. Na UW za naukę płacili do tej pory studenci z Unii Europejskiej, którzy nie są Austriakami, a uczyli się w Austrii dłużej niż rok, oraz wszyscy studenci spoza UE. Generowali przychód w wysokości około dziewięciu milionów euro rocznie. W tej chwili Wissenschaftsministerium (Ministerstwo Nauki) nie zamierza w żaden sposób rekompensować strat powstałych z tytułu obowiązywania ustawy, jednocześnie tnie dotacje na nauczanie i prowadzenie badań naukowych oraz zdaje się oczekiwać, że władze poszczególnych uczelni same, na poziomie swoich statutów, wprowadzą obowiązek czesnego. Uniwersytet Wiedeński tak właśnie chce zrobić i nawet jest już zapowiedziane zebranie Senatu na 26 kwietnia (czwartek) w tej sprawie. Rektorat nie ma wątpliwości, że to bardzo dobre (chociaż wciąż tylko częściowe) rozwiązanie problemu i zamierza upewnić się, że samodzielne wprowadzenie opłat za studia jest zgodne z obowiązującym w Austrii prawem. Deficyt budżetowy na ten rok wynosi ponoć piętnaście milionów euro (nie wiem czemu, ale gdzieś o oczy mi się obiło siedem milionów, może to złudzenie) i władze uczelni straszą, że bez energicznych kroków w ciągu trzech lat wzrośnie do stu milionów (sic!). Dodam jeszcze fakt, że uczelnie mają teraz obowiązek przedłożyć do Ministerstwa Nauki szczegółowy plan wszelkich działań na najbliższe trzy lata z góry, inaczej  będą miały kłopoty z otrzymaniem funduszy.

     Dlaczego takie przedstawienie sprawy nie zadowala studentów? Centrum ich zainteresowania przeniosło się z zamknięcia Internazionalen Entwicklung na Studiengebühren (tj. czesne). Uważają, że wybiórcze wprowadzenie czesnego jest unsozial, unrechtmäßig und unnötig (tzn. niespołeczne, nielegalne i niepotrzebne) i zagraża międzynarodowemu charakterowi Uniwersytetu Wiedeńskiego, zabierając zagranicznym studentom możliwość studiowania. Zarzucają Rektoratowi kompletne nieliczenie się z ich zdaniem, niesłuchanie ich argumentów (ja też nie usłyszałam żadnych studenckich propozycji w tej sprawie, chociaż bardzo mocno nadstawiałam ucha) i brak twardej linii wobec Ministerstwa Nauki. Postulują utworzenie wraz z innymi uczelniami w kraju wspólnego frontu nacisku na władze Austrii, które w ich mniemaniu powinny przeznaczyć więcej pieniędzy na naukę. Ale najpierw, żeby ich usłyszano i doceniono, organizują kolejną demonstrację w czwartek (nieprzypadkowo 26 kwietnia - w dniu zebrania Senatu UW) o 14 w Hauptgebäude.

Ciąg dalszy nastąpi. Niechybnie.