Freitag, 16. März 2012

Zajęcia uniwersyteckie

     Piątek wieczór. Idealna pora, żeby posiedzieć w pokoju przy herbatce i opisać w końcu, czym ja się tu tak naprawdę zajmuję. Ponad dwa tygodnie zajęło mi zorientowanie się w ofercie uniwersytetu. Propozycji mają mnóstwo, chociaż w kierunkach, które mnie interesują, nie tak dużo, jak sądziłam.

     Większość przedmiotów przeze mnie wybranych organizuje jednostka o cudownej nazwie Altertumswissenschaften: Alte Geschichte und Altertumskunde, Byzantynistik und Neogräzistik, Klassische Archäologie und Klassische Philologie (w wolnym tłumaczeniu: nauki o starożytności). Coś, czego u nas nie ma i pewnie jeszcze długo nie będzie. Poza tym instytut dysponuje czymś, czego u nas prawdopodobnie nigdy nie będzie, to znaczy doskonałym zapleczem naukowym. Nie chodzi tu nawet o piękne sale w głównym budynku uniwersytetu, doskonale wyposażone, z wygodnymi krzesłami, wieszakami, rzutnikami itp., ale mam na myśli przede wszystkim materiał, na którym można pracować. Każdy z instytutów wchodzących w skład jednostki ma własną bibliotekę. I żeby nikt nie miał wątpliwości: BIBLIOTEKĘ. Miejsce, gdzie można spokojnie przyjść, usiąść (z laptopem) i pracować w poczuciu pewności, że pod ręką znajdziemy niemal każdy potrzebny tytuł. Biblioteki są naprawdę gigantyczne, zajmują wiele sal, a książki wypełniają je po sufit. Bez względu na poziom niszowości zagadnienia, literatura jest dostępna. Poza biblioteką poszczególne pracownie mają swoje własne cudowności. Archeologia prowadzi wykopaliska w Palmyrze, Kolofonie, Platejach... Mają własne laboratoria, bogate zbiory ceramiczne i numizmatyczne. Przemiany w sztuce greckiej studiują tam na doskonałych kopiach rzeźb, które zapełniają niemal cały parter jednego z budynków. 

      Ale przechodząc do rzeczy. Zapisałam się na wykład historii starożytnej od wojen perskich do Aleksandra. Niestety jeszcze na nim nie byłam. Akurat, gdy miał się zacząć, ogłoszono dzień rektorski. Co to będzie, dowiem się w poniedziałek. 

      Dziś natomiast po raz pierwszy byłam na sztuce minojsko-mykeńskiej u profesora Fritza Blakolmera. Ów pan, poza tradycyjnym zajmowaniem się sztuką minojsko-mykeńską, śledzi również jej recepcję w dwudziestym wieku. Kurs bardzo przydatny, ze względu na moje mykenologiczne aspiracje. Dostałam na dzień dobry temat do opracowania i zaprezentowania w ciągu pięćdziesięciominutowego wystąpienia. A mówić będę o minojskich rytonach w kształcie głowy byka. Pierwszy czerwca, zapraszam.

     Wybrałam troje zajęć z epigrafiki: grecką, łacińską i napisy nagrobne. Łacińska się jeszcze nie zaczęła. Grecka jest prowadzona przez profesora Thomasa Corstena, który mówi tak pięknym niemieckim, że aż przyjemnie go słuchać. Rozumiem go doskonale, co nawet pozwala robić notatki i zastanowić się nad pytaniami. Na zajęcia chodzi nas czworo ludzi. Ja, Serbka, Grek i pół-Austriaczka, pół-Bośniaczka, która większość życia spędziła na Węgrzech. Poziom językowy grupy zdecydowanie podniósł moją samoocenę językową. W tak kameralnym gronie zajęcia naprawdę przyjemnie mijają. Odczytywanie z kamienia napisów po grecku sprawia nam mnóstwo radości. Zupełnie inaczej jest na zajęciach z inskrypcji grobowych. Prowadzący Wolfgang Hameter piastuje co prawda którąś z zaszczytnych funkcji w instytucie, ale jak do tej pory zajmuje niepodzielnie pierwsze miejsce w konkursie na niewyraźne mówienie. Mamrotanie profesora w połączeniu z wiedeńskim akcentem sprawia, że nie rozumiem niemal nic. Na szczęście tutejsi prowadzący mają w zwyczaju zasypywać swoich studentów handoutami, mailami z materiałami, kserówkami, a czasem jeszcze umieszczają literaturę na platformie edukacyjnej o nazwie Moodle.

     A propos Moodle'a. Co środę słucham wykładu z gliptyki Azji Przedniej. Wykład dla mnie bardzo pożyteczny, ale nudny niemiłosiernie. Nie pomagają nawet liczne slajdy z obrazkami. Prowadząca po prostu czyta wszystko z kartki, a potem jeszcze to, co przeczytała umieszcza w Moodle'u. Więc możnaby zupełnie obejść się bez tego wykładu. Zastanawiam się, czy przypadkiem przyczyną takiej postawy, jest niepewność językowa, o czym świadczy dość egzotyczne nazwisko pani prowadzącej: Kurmangaliev. Ale nie uprzedzajmy się, w końcu nie jest tak łatwo przedstawić neolit aceramiczny w sposób atraktyjny.

     Największe wrażenie zrobiły na mnie zajęcia z papirologii. Odbywają sie dwa razy w tygodniu, przy czym jedno spotkanie ma miejsce w... Papyrusmuseum. Muzeum jest częścią byłego pałacu Habsburgów. Pierwszy raz, gdy tam weszłam, nie wiedziałam, gdzie podziać oczy. Wystawa muzealna składa się z dwustu papirusów reprezentujących każdy okres i każdy język istotny dla papirologii. Wystawiają tam takie cudowności jak jedne z najstarszych papirusów na świecie, fragmenty Biblii, szczegółowy opis nardu (tak szczegółowe informacje świadczą o dość intensywnych kontaktach z Indiami, skąd nard pochodzi), fragment papirusu z zapisem muzycznym do tragedii Eurypidesa, najstarsze papirusy łacińskie (tak, te same, które filologowie klasyczni robią na zajęciach z paleografii). Poza muzeum w posiadaniu Narodowej Biblioteki Austriackiej znajduje się... 180 tysięcy papirusów! Naprawdę jest na czym pracować. Na osobną opowieść zasługuje prowadzący - prof. Bernhard Palme. Wąsy ma nieziemskie. Kto nie wierzy, niech wygógla.

     Poza powyższymi zajęciami, czekam jeszcze na wyniki testu poziomujące z niemieckiego, żeby pójść na kurs. Do planu dnia obowiązkowo zaliczam również poranne ćwiczenia i wieczorne pisanie. W weekendy muzea. Przy tym wszystkim mam ciągle mnóstwo wolnego czasu, do czego trudno mi się przyzwyczaić. Z pewnością wkrótce to zmienię... Ważne dla mnie jest to, że mam poczucie dobrze wykonywanej pracy. Tak luksusowe warunki do uprawiania nauki pozwalają mi poczuć się pewniej. Nikt mnie tu jeszcze nie pytał, co ja będę robić po tych studiach i ile będę zarabiać, co w Polsce zdarza się notorycznie. Z całym szacunkiem dla naszego przytulnego, swojskiego Instytutu Filologii Klasycznej, dopiero tu czuję, że stworzono klasykom otoczenie stosowne do powagi ich zawodu.

Keine Kommentare:

Kommentar veröffentlichen