Dienstag, 12. Juni 2012

Ciąg dalszy studenckiej ruchawki

     Już myślałam, że cała sprawa z Internazionale Entwicklung i wprowadzeniem opłat za studiowanie rozeszła się po kościach, a tu niespodzianka! Idę ja sobie spokojnie na zajęcia, a tu się okazuje, że tramwaje po Ringu nie jeżdżą w obawie przed tłumkiem studentów przed Uniwersytetem. Nie miałam niestety czasu porozmawiać bliżej z uczestnikami, ale zaobserwowałam parę frapujących zjawisk. 

     Po pierwsze do Internazionale Entwicklung przyłączyła się... Psychologia. Psychologii też grozi zamknięcie?? Myśl ta jakoś nie mieści się w mojej małej główce, muszę ją więc bliżej zbadać. 

     Po wtóre, protesty już całkiem zamieniły się w festyn. Był zespolik muzczny na scenie zaimprowizowanej na schodach wejściowych, były namioty z gadżetami, było śpiewanie i machanie rękami. Ciekawa tylko jestem, ilu uczestników wiedziało, o co chodzi.

     Po ostatnie. Japońscy turyści robiący fotki wszędzie i zawsze są nie do zdarcia.

Sonntag, 10. Juni 2012

Jak się żyje w rodzinie cesarskiej

     Pamiętacie opowieść o Marii Krystynie i Albercie? Wielka, spełniona miłość aż po grób i jeszcze dalej. Trzeba przyznać, że para miała szczęście. Udało im się pobrać, uciec z rewolucyjnej Francji, zajmować tym, co kochali najbardziej, czyli sztuką. A w prezencie od matki - cesarzowej Marii Teresy, dostali wygodne i w pełni urządzone gniazdko. Można je dziś oglądać jako część muzeum Albertina (Die habsburgische Prunkräume). Co prawda z oryginalnego wystroju z czasów Marii Krystyny i Alberta zostało niewiele, ale sądzę, że możemy przymknąć na to oko.

     W porównaniu do pokoi cesarskich w Hofburgu lub Schönbrunnie, Albertina prezentuje się lekko i przytulnie. Ale to wcale nie znaczy, że z mniejszym przepychem. Całe korytarze i klatki schodowe wyłożono marmurami. Obok bieli królują delikatne, pastelowe róże i żółcie. Obowiązkowe lustra odbijają światło z ogromnych, kryształowych kandelabrów. Na ścianach wiszą portrety rodzinne oraz szkice mistrzów pokroju Dürera, Michała Anioła i Rafaela. 

     Najbardziej reprezentacyjna "Sala Muz" zawiera dziesięć figur naturalnej wielkości z piaskowca imitującego marmur. Rzeźby, autorstwa Józefa Kliebera, przedstawiają oczywiście Muzy i Apollona Muzagetesa. W klasycystycznym stylu udało się pokazać indywidualny charakter każdej z bogiń. Każda z nich jest oczywiście skończenie doskonała, ale każda na swój sposób. O Apollonie nie wspominając. Ściany i pilastry wykonano z marmuru, niczym nadzwyczajnym są złocenia detali architektonicznych. W tak pysznej sali urządzano uroczyste posiłki, koncerty i bale.

     Pozostałe pokoje mają zazwyczaj ściany obite jedwabnymi tkaninami i parkiety zrobione z drewna cytrusowego, mahoniu, palisandru. Drugim wyjątkiem jest tu "Złoty Gabinet". Ściany niewielkiego pokoiku, idealnego do prowadznia poufnych rozmów i gierek, pokryto złotą folią, a dla wzmocnienia efektu na każdej ścianie umieszczono olbrzymie lustro. Efekt po zamknięciu drzwi musiał być niesamowity, gdy rozmówców z czterech stron otaczały lustra.

     Prawdziwe cudeńka umieszczono na ścianach "Gabinetu Wedgwoodowego". W drewniane, malowane obicie pokoju wprawiono płytki z porcelany od Wedgwooda. Piękny niebieski kolor tła zachwyca, a białe postacie o miękkim modelunku przywodzą na myśl starożytne kamee.

     Kustosze Albertiny zwracają jeszcze uwagę na meble z wiedeńskiej manufaktury Danhausera. Rzeczywiście warto je obejrzeć. Nie przytłaczają wymyślną formą czy pysznym wykończeniem. Charakteryzują się przede wszystkim funkcjonalnością i finezyjnymi, subtelnymi zdobieniami. Najwyższej jakości przykłady kunsztu i artyzmu rzemieślniczego.

     W Albertinie żyli różni członkowie rodziny cesarskiej. Przewinęli się tu arcyksiążęta Karol i Fryderyk z żonami, Alfons XII Burbon z matką. Po rozpadzie cesarstwa Habsburgowie wywieźli z pałacu wszelkie ruchomości, a pokoje służyły za sale wystawowe, biblioteki i biura. Trzeba przyznać, że niemało pieniędzy, czasu i  determinacji wykazali Austriacy, żeby znaleźć i wykupić oryginalne cesarskie wyposażenie i żeby odrestaurować apartamenty. Otwarcie nastąpiło niedawno, bo dopiero w 2007 roku. Efekt robi wrażenie.


Samstag, 9. Juni 2012

Albertina bis II

     Bardzo interesującym twórcą, któremu poświęcono całą salę w Albertinie, jest Paul Klee. Pierwszy rzut oka na salę wywołał u mnie skrzywienie. "Znowu jakiś ahtista" - pomyślałam. I jakkolwiek prace Kleego są kwintesencją sztuki współczesnej, mają w sobie również ponadczasową iskrę. Prace zebrane w Wiedniu to różne eksperymentalne obrazki wykonane mieszanymi technikami: szkice ołówkiem i kredkami, akwarele, litografie, farba olejna... Eksperymenty nie ograniczają się tylko do techniki wykonania. Łączenie kolorów w różnych konfiguracjach, wprowadzanie tekstu do obrazu, schematyzacja rzeczywistości na modłę a to surrealistyczną, a to kubistyczną, a jeszcze kiedy indziej abstrakcjonistyczną. Rozpiętość stylistyczna Kleego rysuje się naprawdę imponująco i nie ma sensu przyklejać mu tysiąca etykietek. Przy okazji każde, nawet najmniejsze dziełko wymalowane kredkami na papierze pakowym, niesie skondensowany ładunek emocjonalny. Coś jak szczypta soli lub wisienka na szczycie tortu. Nie zawsze mogę powiedzieć, że dany obraz Kleego podoba mi się, ale nawet wtedy w magiczny sposób przyciąga wzrok i intryguje. Wciąga w bogaty świat wyobraźni autora.

     Podobną potęgę wyobraźni widać u Chagalla. Ów człowiek mógłby z radością zilustrować "Sklepy cynamonowe". Styl ludowy, primitywny, ale pełen zaskakujących szczegółów. Postaci mają krzywe nogi i zachwiane proporcje, budynki krzywią się w perspektywie na wszystkie strony. Sztafaż podwórkowo-rolniczy został ozdobiony odrealnionymi elementami: półprzeźroczystą kurą, lewitującym wozem, który wyrasta z chaty, aniołami. Wszystko to widać na przykład w "Latawcu". Na obrazie widać zupełnie dorosłego mężczyznę, który z dachu szopki puszcza latawca. W dole widać podwórze ze zwierzętami, w tle drewniane domy, drugiego człowieka na dachu i trzeciego idącego z laską. Dominuje kolor niebieski, co wynosi atmosferę sceny poza rzeczywistość. Wszystko płynie i nawet trawnik układa się w wielką rybę. Przedstawienie byłoby nawet radosne, gdyby nie szare, niepokojące niebo. Prawda, że żywcem wyjęte z Schulza?

     Uwagę zwróciło jeszcze kilka drobiazgów. Na przykład abstrakcyjne obrazy Franciszka Kupki. Wyglądały zupełnie jak ćwiczenie na bryły. Mogłabym nawet powiesić jeden z jego obrazów w salonie ze względu na ładne kolory. Szczególnie taki, który wyglądał jak bardzo dziwne organy. Piszczałki były białe i wysokie z obręczami w różnych odcieniach niebieskiego i zielonego. Ładne to było. 

     Podobał mi  się też "New York - East River" Wilhelma Thönego. Całość tonie w błękicie, tylko niektóre elementy są pociągnięte biało lub czerwono. Mistrzowskie operowanie szczegółem zachwyciło mnie od pierwszego wejrzenia. Ujętych w czarną farbę detali jest niewiele, raczej sugerują szczegół niż go przedstawiają, ale to właśnie w nich ujmuje najbardziej. Odpowiednio rozmieszczone na obrazie precyzyjnie kierują uwagą widza. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wśród dzisiejszych rysowników tabletowych widziałam podobne zabiegi.

     Świetną pracą jest "Friede" Giacomettiego. Płótno pokryto niedokładnie sporymi, różnobarwnymi plamami. Z bliska wygląda to jak nieskoordynowane ciapy, ze średniej odległości zaczyna przypomina wydzieranki z przedszkola i dopiero z daleka oczom ukazują się cztery dziewczęta. Siedzą  w kolorowych sukniach, z kwiatami we włosach i pochylają się nad czarnym ptakiem, którego trzyma jedna z nich. Urocze.

Trafiłam też na ukochanego Magritte'a. Uwielbiam go za arcyrealistycznie namalowe przedmioty umieszczone w bardzo nierealistycznych zestawieniach. "Die verwunschene Gegend" przedstawia dwa zielone jabłuszka w maskach, które radośnie zmierzają z oddali w naszym kierunku. Idą od strony morza, po piasku, w tle oczywiście błękitne niebo z delikatnymi, białymi, pierzastymi chmurkami. Po prawej od jabłuszek, oddzielone bladofioletową zasłoną stoją dwa drzewa. Chociaż właściwie jedno już nie stoi, bo został po nim tylko pień. Co ciekawe, samo trzyma korzeniem siekierę. Drugie drzewo kryje w sobie skrytki. W najniższej widać domek, w środkowej piłkę (a w każdym razie biały, kulisty przedmiot), a najwyższa pozostaje zakryta. Propozycje interpretacji?

      Nie napisałam jeszcze nic o Picassie, którego parę obrazów i talerzy wystawili na koniec. Ale wiecie co? Nie chce mi się. Doceniam kunszt tego pana (jego tradycyjne szkice są zaiste powalające) i potrafię ogarnąć myślą jego teorie. Ale jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?

      Podróż po wystawie trwała niesamowicie długo. O każdym z obrazów, które tam były, możnaby napisać książkę. Może nie wszystkie podobały mi się, ale z pewnością znalazłyby swoich fanów. Sam fakt, że znalazły się w kolekcji Batlinerów o tym świadczy. Albertina zaserwowała mi po raz kolejny potężną dawkę emocji, z którą jeszcze długo będę się przegryzać.


Mittwoch, 6. Juni 2012

Albertina bis I

     Długo się wahałam, czy po raz kolejny pójść do Albertiny. Co prawda pierwsza wizyta była przeżyciem zapadającym głęboko w pamięć, ale z drugiej strony bilety za wstęp nie należą do najtańszych. Po namyśle stwierdziłam, że nie mogę mojego towarzysza Bartłomieja, filozfa analitycznego żądnego wrażeń estetycznych, wypuścić z Wiednia bez wizyty w największej wiedeńskiej świątyni sztuki. Poprzednim razem odwiedziłam tylko wystawę czasową. Tym razem nie dość, że wystawy stałe w końcu otworzono, to jeszcze czasówka zmieniła się dość radykalnie. Oto co zobaczyliśmy z Bartkiem.

     Pierwsza część ekspozycji, czyli "Monet bis Picasso", jest kolekcją przekazaną Albertinie przez małżeństwo Batlinerów. Zawiera prace malarzy "modernistycznych". To znaczy począwszy od impresjonistów, przez ekspresjonistów, fowistów, prymitywistów, kubistów, aż do abstrakcjonistów i surrealistów. I licho wie, co jeszcze. Zbiory zapełniają szczelnie aż szesnaście sal i niemal w każdej można znaleźć coś interesującego.

     Na początku raczej nuda. Kolejne "Nenufary" Moneta, jakiś Cezanne, jakiś Renoir. Znowu angielski import Sisley i tym podobne satelity impresjonistów. Czasem trafiamy na coś nowego i interesującego zarazem. Znajdujemy Kazimierza Malewicza - istotnego awagardzistę rosyjskiego, autora słynnego "Czarnego kwadratu na białym tle". Okazuje się, że artysta, oprócz czarnych figur geometrycznych, potrafił namalować także bardzo impresjonistyczne landszafciki typu "Brzezina" lub nieco abstrakcjonistyczne kompozycje, jak na przykład "Mann in suprematischer Landschaft". I nie żałował farby. Góry i wąwozy farby olejnej przewalają się nawet przez najmniejsze płócienko.

     Odkryciem był Kees van Dongen i jego "Kobieta z niebieskimi oczami". Oczy portretowanej kobiety są tak wielkie i niebieskie, że można na nich odlecieć (nie bez przyczyny mają kształt skrzydeł). Do tego rozwarte, czerwone wargi i mężczyźni siadają z wrażenia. Van Dongen niewątpliwie zaszalał. Dzieło dopełnia czerwone, agresywne tło. W albertinowych zbiorach można było znaleźć też inne jego kompozycje, ale zawsze dało się w nich zauważyć skłonność do przesady i przywiązanie do mocnych kolorów.

     Pan Robert Delaunay zaprezentował się z zupełnej nieznanej strony. Ów malarz został określony przez Apollinairego realizatorem orfizmu, czyli po dzisiejszemu abstrakcjonizmu. Obraz z Albertiny pod tytułem "Nudes with flamingos" należy do wcześniejszych czasów, gdy jeszcze można było rozróżnić na płótnie, choć nie bez pewnych wątpliwości, pojedyncze postacie. Różowy flaming i różowe kobiety zlewają się z innymi kształtami. Wielość kolorów niweluje znaczenie brył, niecodzienność póz nie pozwala na identyfikację na pierwszy rzut oka. Moim zdaniem urokliwe cudeńko.

     Poza tym, że Delaunay maczał palce w "Orfizmie", należał również do redakcji "Der Blaue Reiter". Założycielami tej grupy byli mniej znany Franz Marc i bardziej znany Wassily Kandinsky. Marc nie wydaje się zbyt interesujący, Kandinskiego i synestetyczne teorie wszyscy znają. Ale poza nimi w monachijskiej grupie działali aktywnie i inni malarze. Na przykład Jawlensky. Jego "Pole kukurydzy w Carantec" przykuwa wzrok intensywnym oranżem. Kolory żywcem wzięte z parnego, letniego wieczoru. Gorące centrum obrazu podkreślają subtelne, fioletowe i zielone maźnięcia tu i ówdzie. Uwielbiam zestawienie żywego pomarańczu z fioletem, które można czasem napotkać podczas zachodu słońca, a Jewlensky uchwycił je w sposób mistrzowski. 

     Kolejnym mistrzem koloru stał się dla mnie Emil Nolde. Te wszystkie kwiatki, chmurki, krajobrazy są genialne! Nie sądziłam, że motyw kwiatów w wazonie może być tak interesujący. Nie mam pojęcia, w czym tkwi jego sekret. Żywość barw? Kontrastujące zestawienia? Świetna kompozycja? W jakiś magiczny sposób Nolde wprowadza do swoich obrazów oniryczny nastrój. Przypomina w tym trochę Redona w jego kolorowej fazie, ale nie do końca. Nolde operuje zdecydowanymi plamami koloru o miękkich krawędziach. Redon natomiast wprowadza drobne szczegóły i przejścia tonalne. U Noldego znajdujemy wiele intensywnych, często przeciwstawnych kolorów, u Redona paleta w obrębie jednego płótna jest ograniczona. Oglądając zbiory albertyńskie, perłą wśród prac Noldego wydała mi się "Moonlit night". Widzimy stateczek o trzech żaglach na spokojnej morskiej toni. Żółtawy księżyc ledwo podniósł się nad horyzont i odbija się szeroką ścieżką w granatowej wodzie. Żagle widać też w wodzie. Nolde niesamowicie operuje różnymi odcieniami niebieskiego, granatowego, morskiego, zielonego, seledynowego i żółtego. Tworzy atmosferę ciszy i spokoju. Chwyta nieuchwytne światło księżyca. Obraz z bliska wydaje się tylko zbiorem nieskoordynowanych pociągnięć pędzla, ale z pewnej odległości całość zlewa się w niesamowicie sugestywny i... piękny widok. Aż chce się mówić Iwaszkiewiczem: Sny, połowy, sérénité.

cdn.


Montag, 4. Juni 2012

Panoramaheim

     Sądziłam, że mieszkam w pokoju wielkości kartonowego pudełka. A jednak okazuje się, że studenci potrafią mieszkać w jeszcze mniejszych pokoikach. W wyniku splotu rozlicznych okoliczności udało mi się odwiedzić akademik "Panorama" w dwudziestej dzielnicy. Przy okazji zwiedziłam samą dzielnicę, której na imię Brigittenau.


     Brigittenau nie może się poszczycić powalającymi zabytkami ani długą historią z bardzo prostej przyczyny. Przez większą część czasu były to tereny zalewowe Dunaju, który poddano regulacji dopiero od lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku. No i dzielnicę Brigittenau utworzono oficjalnie dopiero w 1900 roku. Nazwę swoją zawdzięcza, jak się nietrudno domyślić, Brygidzie. Na co już trudniej wpaść, chodzi o Brygidę Szwedzką, świętą katolicką i patronkę Europy, której kościół od połowy dziewiętnastego wieku stoi właśnie w dwudziestej dzielnicy. Jednak Brigittenau nie jest taki nudny, jak go malują. 

     Frapujący Augarten, chociaż administracyjnie leży w drugiej dzielnicy (Leopoldstadt), przylega w znaczącej części także do Brigittenau. W 1912 roku Aleksander Józef graf Kolowrat-Krakowsky, po przenosinach z Czech, umieścił w tej dzielnicy "Sascha-Filmfabrik" - największą w cesarstwie wytwórnię filmów niemych. Filmy produkowała głównie monumentalne i propagandowe, pod koniec lat trzydziestych zakład przejęli naziści, ale sam graf już tego nie dożył. Nie doczekał też pogromów żydowskich w Brigittenau, które tu przybrały wyjątkowo dramatyczny obrót. Podczas wojny dzielnica mocno ucierpiała od bombardowań i walk w mieście. W końcu, dostała się pod zarząd Związku Radzieckiego, by w 1955 roku połączyć się na spokojnie z resztą Austrii i żyć w dobrobycie i pokoju. Co ciekawe, obecność sowietów można wyczuć do tej pory. W parku tuż przy farze świętej Brygidy postawiono posąg niedźwiedzia. Poza tym w dzielnicy żyje mnóstwo ludzi z byłego Związku Radzieckiego i współczesnej Rosji. Wzdłuż ulic mieszczą się tanie sklepy, można trafić na normalną, słowiańską jadłodajnię, a rosyjski nie jest wcale rzadkością na ulicach.

     Ale miało być o akademiku. Do akademika na samym skraju Brigittenau sprowadziło mnie... pranie. Wiedeńskie pralki do użytku masowego nie mają niestety wlotu na monety. Żeby je uruchomić potrzeba QuickCard (którą się dostaje, gdy się ma konto w austriackim banku, którego nie mam). Jakby nie mogli zrobić automatu na monety... Otóż, nikt, kogo pytałam u siebie, nie miał pożyczyć kłika, a sterta prania rosła. W tym momencie trafiłam na przemiłe bliźniaczki. Poznałam je zupełnie przypadkiem, totalnym trafem, wracając z imprezy autobusem. Najpierw okazało się, że są bliźniaczkami. Potem okazało się, że są nawet w połowie Polkami. Druga ich połowa od strony ojca to Holendrzy, ale na oko dość normalni. Są moimi rówieśniczkami i chociaż w Polsce spędziły raptem trzy czy cztery lata, bardzo dobrze mówią po polsku. Ba, trzeba się przysłuchać, żeby stwierdzić, że coś z ich polszczyzną jest inaczej. Zważywszy, że sporo rodzonych w Polsce Polaków ma problemy z naszym trudnym językiem ojczystym, sądzę, że dziewczyny zasługują na respekt. Tak więc zaznajomiłam się z bliżniaczkami Pauliną i Michaliną i one zaproponowały mi wspólne pranie w Panoramie.

     W Panoramie mieszka Michalina. Obie dziewczyny mają już licencjaty z Wielkiej Brytanii i do Wiednia przyjechały na studia magisterskie, przy czym Michalina pojawiła się później i niestety miała trochę problemów ze znalezieniem miejsca do mieszkania. Teoretycznie Panorama nie jest złym akademikiem. Wszystko, czego potrzeba studentowi do życia, można w Panoramie znaleźć. Ale. Może ja po prostu marudzę? No ale. Panorama jest po prostu wielkim molochem na tysiące osób. Widząc ją z daleka, popadałam w lekki popłoch, bo po prostu molochów się boję. Niemniej adres okazał się właściwy i weszłam. Wewnątrz wiele kolorowych płytek umila atmosferę. Jakas kawiarenka internetowa, party room z prawdziwym barem, w którym zawsze coś się dzieje, wielka pralnia z suszarkami, wewnętrzny dziedziniec, winda, cuda-wianki-niewidy, odlot. Po czym weszłam do pokoju Michaliny. Pokój stanowi część modułu, w skład którego wchodzą dwa jednoosobowe pokoje, korytarzyk z lodówką i łazienka. Niby fajnie. Jednak pierwsze, co się rzuca na człowieka w akademiku, to niskie sufity. Osoba szczególnie wysoka, mogłaby mieć problemy nie tylko ze zmieszczeniem się w drzwiach, ale także w zwykłym korytarzu. Pokoje są zestandaryzowane bez wyjątku i ciasne. Może nieco większe poweirzchniowo od mojego, ale powietrza jest tam zdecydowanie mniej. Szafki bez drzwiczek potęgują wrażenie chaosu i ciasnoty. Ale największym hitem są mikroskopijne okna, które mają wysokość pół metra i zaczynają się na wysokości półtora metra. W efekcie siedząc przy biurku przodem do okna nie można nawet wyjrzeć na ulicę. Żeby ponarzekać już na całej linii, powiem, że pokój Miśki wychodzi na południe, a jednocześnie na ruchliwą ulicę wzdłuż kanału, więc może być u niej albo skrajnie duszno i gorąco albo bardzo głośno. Cud, miód i orzeszki.

     Wniosek? Kocham swój przytulny, skromny akademik z archaniołem Michałem z widokiem na zielone drzewa, gdzie mieszka w porywach do stu osób.


Montag, 21. Mai 2012

Tony betonu

     Są pewne miejsca w Wiedniu, którymi Austriacy nie bardzo chcą się chwalić. Pewnego razu jechałam dla hecy tramwajem i jakie było moje zdziwienie, gdy na horyzoncie ukazał się gigantyczny moloch z betonu. Nie miał żadnej konkurencji w okolicy, bo stał w samym środku Augarten. Tramwaj przejechał wzdłuż parkowego muru i skręcił między kamienice, zabierając mi możliwość kontemplacji kolosa. Co to było? Takie wielkie! Na środku parku! Po prostu nie da się tego przegapić! W życiu o tym nie słyszałam. Niemożliwe... Rzut okiem na mapę (która wszelkie Sehenswürdigkeiten, czyli 'rzeczy godne zobaczenia' ma podpisane i oznaczone kolorem fioletowym) nic nie pomógł, bo w miejscu, gdzie powinna znajdować się nazwa tej imponującej budowli, było tylko różowe kółeczko.

     Kwerenda w internecie potwierdziła moje przypuszczenia. Wszystkie oficjalne strony miasta nawet się nie zająknęły o gigancie, chociaż kilkukrotnie wspominano o samym Augarten. Dopiero wprost na hasło "Augarten" znalazłam wyjaśnienie zagadki. Oczywiście betonowy potwór to wieża przeciwlotnicza zbudowana przez nazistów podczas drugiej wojny światowej. To, co widziałam z tramwaju, stanowi zaledwie jedną szóstą systemu obrony miasta. Wszystkie wieże stoją do tej pory, są równie masywne i wysokie. Robią gigantyczne wrażenie, ale nie dziwię się, że Austriacy nie chcą się nimi chwalić.

     Jak zapewne wiecie, historia drugiej wojny światowej nie należy do moich ulubionych tematów, ale rozmiar mojej ignorancji zmobilizował mnie do działania. Aby uzupełnić niedobory wiedzy, urządziłam wielką wyprawę do wszystkich sześciu wież. Przy okazji, zapamiętałam, co następuje. Profesjonalnie nazywa się to Flugabwehrkannonenturm (w skrócie Flakturm) i powstało tylko w trzech miastach: Berlinie, Hamburgu i Wiedniu, przy czym w Berlinie nie zachowały się wcale, a w Hamburgu tylko częściowo. Wiedeń ze swoją szóstką jest więc wyjątkowy. Wieże ustawiano parami: Gerechtsturm ('wieża ogniowa') i Leitturm ('wieża dowodzeniowa'). Tworzą trójkąt, który miał strzec centrum miasta. Górne platformy wszystkich wież znajdują się na tej samej wysokości bezwględnej. Zresztą, nie będę się bawić w militarystyczne szczegóły. Kto zna niemiecki i interesuje się wojskowością, zapraszam tu.

     Wieże w Augarten wybudowano na końcu. Są najwyższe i najbardziej okazałe. G-turm, którą to właśnie widziałam z tramwaju, ma 55 metrów wysokości. Wrażenie z oglądania niesamowite... Augarten to trochę zaniedbany park francuski. Alejki jak od linijki, wystrzyżone drzewka i krzaczki, symetryczne klomby. Przychodzi tu trochę ludzi, jak to zwykle do parku, żeby odpocząć, pośmiać się, pograć w piłkę, pobawić się z dziećmi itp. I nad tym wszystkim góruje to betonowe bydlę. Wieżę widać niemal z każdego miejsca w parku. Jest wielka. Jest olbrzymia. Jest kolosalna. Szara, betonowa, przytłaczająca. Do tego się sypie. Po obwodzie spięto ją potężnymi klamrami, żeby się nie rozleciała. Kawałek platformy jej odleciał. Powtórzę: kawał wielkiej, betonowej platformy z wysokości czterdziestu paru metrów odleciał.Wiatr dął potępieńczo ze wszystkich stron, dzień szary i ponury. I ten kolos nad głową. Graffiti, które miało ośmieszać wieżę, samo wygląda śmiesznie wobec jej ogromu. G-turm w Augarten to po prostu góra agresywnego złego betonu. Inaczej nie potrafię tego nazwać. Po prostu brakuje mi słów.

     Nie inaczej jest z L-turm. Podstawa prostokąta, o wysokości 51 metrów. Tylko nieznacznie ustępuje partnerce pod względem siania grozy. Choć to gołe betonowe ściany, które nie były w użytku od sześćdziesięciu lat, wyglądają, jakby były uzbrojone po zęby. Brrr...

     Kolejną parkę można znaleźć w mało znanym parku Arenberg, w mało znanej części trzeciej dzielnicy. Parczek niewielki, kamienice dookoła, to i same wieże wyglądają mniej imponująco, chociaż mają 39 i 42 metry. Na dodatek obsadzono je dookoła drzewami, więc jak się człowiek zagapi, to nawet o nich zapomni.  Tylko mi jakoś tak dziwnie wciąż było. Pod jedną z wież zrobiono plac zabaw. Chmara dzieciarni bawiła się w najlepsze pod ścianą z betonu. Pod drugą urządzono tak zwany 'ogródek sąsiedzki'. To znaczy klomby na kwiaty i warzywa, które sąsiedzi mają wspólnie uprawiać, przez co mają się lepiej zintegrować. Na jednej ze ścian następujący poemat:

hystorysteria
WA(R)S YOU
tie(d) world

     Na innej olbrzymi malunek jakiegoś starożytnego wojownika. Dziwność. Staruszek, który właśnie wyprowadzał pieska, zagadnął mnie i powiedział, że to "Pamiątka od Hitlera". Niby poukrywane, ale widoczne. Tak wielkie, że oko gubi perpektywę. W górze przelatują ptaki, w dole szczekliwe yorki obsikują mur. 

     Kolejna para stanowi ciekawe przeciwieństwo. To jedyne wieże, które znalazły praktyczne zastosowanie. G-turm ukrywa się sprytnie wewnątrz kwartału kamienic. Sporo musiałam się nakombinować, żeby znaleźć wejście do środka. Z zewnątrz zupełnie jej nie widać, niewielu o niej wie, a przecież znajduje się przy arcyruchliwej Mariahilferstrasse! Wykorzystano ją zapewne do celów państwowych, bo anteny wszelkiego typu porastają ją dość dokładnie. Poza tym nie można podejść bliżej, bo otacza ją dodatkowy płot, a bramka wymaga specjalnego kodu. Oczywiście wielki zakaz robienia zdjęć zobaczyłam, dopiero przeglądając zdjęcia w aparacie, ale to już inna sprawa...

     Część dowodzeniowa omawianej parki została dla kontrastu upubliczniona. By nie rzec wyeksponowana. Dopiero, gdy ją znalazłam, skojarzyłam fakty. Obecnie w L-Turm w pobliżu Mariahilferstrasse znajduje się Haus des Meeres, to znaczy oceanarium. Dołożono do niej szklane przybudówki w ramach koloru morskiego, zewnętrzną klatkę schodową. Całą jedną stronę (i spód platformy) pokrywają ścianki wspinaczkowe. Wspominałam, że ta wieża liczy sobie 47 metrów? No właśnie. Z początku wydaje się, że kolorki oswoiły mroczny Flakturm. Wokół oczywiście gospodarni Austriacy urządzili parczek, plac zabaw, ławeczki, sklepy te sprawy. Jednak wciąż nie mogę się pozbyć wrażenia, że wieża ma wielkie, ostre kły i pazury. Tylko na razie taktycznie je chowa.

     Wiedeń mnie zaskoczył. Bardzo mocno mnie zaskoczył. I to w momencie, gdy zaczynał mnie powoli nudzić. Żadne zdjęcia nie oddadzą wielkości i ogromu ponurości, którą roztaczają wokół siebie wieże. Flaktürme przypominają o potężnym kawałku historii, o którym mieszkańcy miasta chcą zapomnieć. Wiedeńczykom szkoda pieniędzy na wyburzenie wież. Cierpliwie czekają, aż same się rozpadną.


Samstag, 19. Mai 2012

Schallaburg

     Pierwsza wycieczka poza miasto. Cudowne, energetyzujące uczucie. Świeża fala doznań i emocji po oswojonym już Wiedniu. Tym milsza, że wywołana mieszanką elementów znajomych mi skądinąd. I te lasy!

     Do Schallaburgu wybrałam się ze znajomymi Węgrami, którzy mają własny samochód. Większą część drogi jechaliśmy autostradą, co czasem utrudniało podziwianie uroków, ale dzięki temu sto kilometrów pokonaliśmy w niecałą godzinę. Bo Schallaburg leży w Dolnej Austrii, dokładnie na zachód od Wiednia. Krajobraz raczej pagórkowaty niż górzysty, ale od południa można było już dojrzeć wyższe wzniesienia. Po dolinach urocze pola, wsie rozrzucone tu i ówdzie. Tu jakiś kościółek z tej czy innej epoki, tam pole zupełnie nowoczesnych wiatraków. Czyste ulice, zadbane ogródki. Bardziej strome stoki porastały lasy mieszane. Ponoć bardzo stare, naturalne, niesadzone. Po prostu kraina mlekiem i miodem płynąca.

     Z daleka wygląda jak transylwańskie fortece albo dolnośląskie zamki. Osadzony na zboczu wzgórza góruje nad doliną. Nad całością czuwa wysoka wieża (o funkcjach prestiżowych, a nie obronnych, jak informuje informator). Zewnętrzny mur okala ogród i zamek. Jego najstarsza część pochodzi ponoć z XI wieku, co czyni ją najstarszą w regionie. Wygląda to jak gigantyczne kartonowe pudełko. Oczywiście poza tym, że jest zrobione z wielkich kamulców, ma ściany grubości półtora metra u podstawy, ciągnie się na kilkanaście metrów do góry i ma otwory okienne, ale nie ma dachu. Gwoździem programu nie jest jednak kamienne kartonowe pudełko, ani plac zabaw dla dzieci w kształcie smoka, ani nawet bajeczny ogród francuski z jabłoniowym sadem, lecz renesansowy dziedziniec arkadowy. Pierwsze wrażenie: jak na Wawelu! Nieregularny dziedziniec okalają arkadowe podcienie. Na pięterko prowadzą z dwóch stron schody. Kolumny i łuki są ozdobione niesamowitymi stiukami malowanymi na czerwono. Autorem tychże jest pan Jakob Bernecker von Hallein. Trzeba przyznać, że się postarał. Szereg ważnych dla zamku osób doczekało się tam swojego przedstawienia w całości lub w części (głównej). Misterne motywy roślinne nienachalnie wypełniają wolne przestrzenie. Całość, od ogólnej wizji po najmniejszą rozetkę na bazie kolumny, cechuje wdzięk i lekkość. Zaiste renesansowy klejnocik.

     Wewnątrz zamku mieści się wystawa "Das Goldene Byzanz & Orient". Jak zazwyczaj w Austrii, dokładnie ją przemyślano. Eksponatów nie ma zbyt wielu, ale przedstawiają konkretną wartość czy to materialną, czy historyczną lub artystyczną. Wszystko układa się w ciąg dydaktyczny, który przedstawia charakter, historię i wpływ Cesarstwa Bizantyńskiego. Widzimy więc jak z greckiej kolonii Byzantion powstaje druga stolica imperium - Konstantynopol. Dowiadujemy się jak funkcjonował na co dzień, w jakich językach mówiono w mieście i w pozostałych częściach imperium. Jakie były zależności między kulturą grecką, łacińską i innymi, które znalazły się w granicach Cesarstwa. Jak dla mnie, najbardziej wartościowe fragmenty wystawy to te, które opisują kontakty Bizancjum z ludami lub państwami, które je atakowały. Jasno pokazują one fakt, że obie strony nie tylko ze sobą walczyły, ale także czerpały od siebie. W ten sposób stajemy oko w oko z Bułgarami, Awarami, Turkami, Arabami...

     Zdecydowanie udana wystawa. Naszła mnie jednak taka refleksja, że biedni ci Austriacy. Trzeba im tłumaczyć, że ikony pochodzą ze Wschodu... To oczywiście uproszczona wersja refleksji, ale moi towarzysze podróży mieli podobne odczucia. Podróżując na południe i wschód od Austrii, ale nawet i po Polsce, wyraźnie czuć ten bizantyński powiew. Cerkiewki, cyrylica, ikony - nie jest to dla nas zupełnie obce, prawda? Na wystawie "Das Goldene Byzanz & Orient" pieścili się z maleńkim drewnianym ikonostasem, podczas gdy w naszym kraju można takie zobaczyć wciąż w użyciu.

     Droga powrotna także minęła przyjemnie. Usłyszałam parę interesujących historyjek o życiu w Austrii, o których być może opowiem innym razem. Wstąpiliśmy też na chwilę do Kloster Melk ("Kloster" znaczy "klasztor"). Weszliśmy tylko na główny dziedziniec i zajrzeliśmy do przedsionka jednego kościoła, bo było późno i zamykali już cały kompleks. Klasztor w Melk nazywa się perłą baroku i nie bez przyczyny. W życiu (a widziałam parę wersji baroku z rzymskim na czele) nie widziałam kościoła, który byłby tak wypełniony złotem. Coś niesamowitego! Następnym razem jadę prosto do Melk...