Wpadła mi dziś w ręce miejscowy dziennik, otwarty akurat na stronie z artykułem Dlaczego Wiedeń jest droższy od Nowego Jorku? No właśnie... Wiedeń jest jednym z najdroższych miast w Europie (droższe są np. Oslo, Kopenhaga, Londyn i miasta Szwajcarii). Stypendium z programu Erasmus oczywiście nie zapewnia pełnego utrzymania, chociaż z pewnością je ułatwia. Więc jak tu przeżyć?
Najlepszym wyjściem jest mieć bogatych rodziców, którzy będą w stanie przysyłać co miesiąc pieniążki na studia swojego dziecka. Inne rozwiązanie, to pójść do pracy, która całkiem nieźle się opłaca (np. godzina pracy jako kelnerka może dać dziewięć euro legalnie i na czysto). Niestety moim ojcem nie jest pan Kulczyk, a do tego wolę iść do biblioteki niż do pracy (przynajmniej na razie), więc zadowalam się tym, co mam. I oszczędzam.
Dla przykładu. Główne danie w przyzwoitej restauracji kosztuje od dwunastu do dwudziestu euro. W takiej średniej pizzerii można dostać średnią pizze za siedem-osiem euro. W barze mlecznym kurczak w panierce z surówką kosztuje do sześciu euro, a rosołek około trzech. I w końcu dochodzimy do śmieciowego jedzenia, które króluje w budkach w okolicy uniwersytetu lub metra. Można tu dostać wszystko od hamburgera i hot doga począwszy, przez pizze, zapiekanki i kebaby po chińskie nudle i sushi. Ceny w zależne od wielkości porcji zaczynają się na poziomie dwa pięćdziesiąt. Słodkich bułek, czy gotowych kanapek nie opłaca się kupować wcale, bo kosztują tyle samo, co ciepły posiłek. W ogóle ciężko dostać cokolwiek do jedzenia w cenie poniżej półtora euro.
Półtora euro to chyba magiczna granica, ponieważ do picia też się nic tańszego nie znajdzie. Mała butelka wody w uniwersyteckim bufecie żąda za siebie jedno euro sześćdziesiąt centów. Słynne wiedeńskie kawiarnie są tak wspaniałe i słynne, że nie znajdziesz w nich kawy poniżej trzech pięćdziesiąt.
Ogólnie rzecz ujmując, na mieście się nie jada. Chyba że, jak już wspomniałam, ma się tatę Kulczyka. Moje współmieszkanki z akademika raczą się własnej roboty sałatkami lub gotowymi daniami, które składają się głównie z makaronu. Na razie miałam czas i energię tylko na sos serbski (z torebki) z ryżem. W najbliższej okolicy mam aż trzy markety, gdzie możemy się swobodnie zaopatrywać w jedzenie: Billa, Ziehlpunkt i Spar. Z tego wszystkiego Spar cieszy się największą popularnością, gdyż jednocześnie oferuje względnie najniższe ceny (bo wszystkie trzy sieci oferują zbliżony cennik) i najszerszy wybór. Muszę się do niego wybierać specjalnie, bo jako jedyny pozostaje poza moją codzienną drogą na zajęcia, ale prezentuje się naprawdę sympatycznie. Można w nim znaleźć bardzo ciekawe rzeczy takie jak nieznane mi wcześniej gatunki herbat i makaronów, przecudowne wielkie fantazyjne tabliczki czekolady ze wszelkim dobrem w środku, wina austriackie, włoskie, chorwackie, bułgarskie itp., duży wybór słodyczy i produktów fitness. Z drugiej strony ciężko o dobrą wędlinę. Na widok tutejszych "szynek" czy "salami" pakowanych w plastik robi mi się niedobrze. Białego chleba nie uświadczysz, a jeżeli już to bardziej przypomina przerośniętą, gumową bułkę. W całym Sparze znalazłam tylko jedną maleńką półeczkę z wódką, za to obszerny kąt z winami, co dobitnie świadczy o tutejszych zwyczajach.
No dobra, przyznam się... Zanim poznałam okolicę, po tygodniu żywienia się w budkach, złamałam się i poszłam do Vapiano. Mamy Vapiano i w Polsce, dlatego właśnie je wybrałam. Miałam ochotę zjeść smaczny, solidny posiłek bez konieczności gotowania we własnym zakresie. Z przyjemnością stwierdzam, że było tak samo smacznie jak u nas w kraju. Tylko kucharz mnie poirytował, bo złościł się na mój niemiecki. Ale cóż mam poradzić, że jestem tylko małą istotką zagubioną w obcym kraju w tłumie innych klientów? Dodam, że kucharz do swoich kolegów mówił po arabsku...
Wychodzenie do klubów czy na imprezy nie opłaca się jeszcze bardziej. Ceny piwa zaczynają się od trzech euro, a drinków od sześciu, ale zazwyczaj liczba w karcie alkoholi jest taka sama jak u nas, z tą różnicą, że tu się płaci w euro. Co ciekawe, szisza kosztuje mniej niż w Warszawie - tylko siedem euro. W wypadku chęci pójścia na imprezę trzeba się wykazać sprytem i dobrą orientacją w nocnym życiu miasta. W poniedziałek Olivia zaprowadziła mnie do Ride Club, gdzie do 20 sprzedają drinki za 0,50 euro, do 21 za 1,90, do 22 za 2,90, a przez rezstę nocy za 3,90. Nic tylko iść i balować.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen