Siedzę sobie wieczorem w kuchni, w ciszy i spokoju spożywam kolację, a tu nagle wpada dziewczę. Wzrok ma lekko przerażony, fryzurę lekko zmierzwioną i mówi coś do mnie po angielsku. Po chwili zrozumiałam, że problem tkwi w komputrze, a ściślej w internecie czy też jego braku. Wiedziona porywem serca i uczuciem sympatii do dziewczęcia zaproponowałam jej, żeby skorzystała z komputera i internetu w moim pokoju. Tak poznałam Olivię.
Pozwolę sobie od razu na dygresję. Spotkanie z Olivią, oprócz wyjścia na imprezę (o której poniżej) przyniosło kilka istotnych
obserwacji na temat funkcjonowania mojego akademika. Bo widzicie,
Olivia nie mieszka w moim akademiku. Akurat była ze swoim bratem w
odwiedzinach u koleżanki. Przypomnę, że mieszkam w katolickim żeńskim
akademiku, w którego regulaminie znajduje się potężny paragraf na temat
przyjmowania gości. A właściwie ich nieprzyjmowania. Teoretycznie
goście mogą przychodzić wyłącznie w ciągu dnia i nie mają prawa do
korzystania z żadnych udogodnień typu prysznic, pralka czy też pokój
muzyczny. W praktyce nikt tego nie pilnuje. Jedyną osobą, która
reprezentuje właścicieli akademika, jest pan portier. Szanowny pan
portier spędza w budynku dokładnie tyle godzin, ile musi i ani minuty
więcej. W piątek wychodzi o dwunastej w południe i wraca dopiero w
poniedziałek późnym rankiem. W efekcie Olivia już kilkukrotnie nocowała
u swojej koleżanki w akademiku, a o bracie Olivii nawet nie wspomnę. Pomimo
braku jakiejkolwiek formy kontroli, nie zauważyłam jednak, żeby
mieszkanki dawały upust swoim najniższym instynktom. Ba, po czterech
dniach tu spędzonych, odnoszę wrażenie, że atmosfera jest jak pokoiki,
w których mieszkamy. Skromna i stateczna.
A wracając do wątku wyjściowego... Jeszcze po drodze z kuchni okazało się, że Olivia jest z Polski i mówi po polsku, co tym szybciej pozwoliło przełamać lody. Przypadkiem tego samego wieczoru odbywała się powitalna impreza dla Erasmusów, na którą właśnie się wybierała, więc postanowiłam jej potowarzyszyć. Zazwyczaj nie przepadam za zbiorówkami w klubach, jednak ciekawość przeważyła. W szczególności, że impreza miała się odbyć w Pałacu Eschenbach. Budynek został otwarty w 1872 roku przez cesarza Franciszka Józefa I i przez szereg lat był miejscem eleganckich spotkań, balów, wystaw, konferencji, sympozjów, prezentacji wynalazków itp. Podobne funkcje spełnia też w dzisiejszych czasach, chociaż sam charakter "spotkań towarzystkich" siłą rzeczy uległ zmianie. Doskonała lokalizacja (tuż przy Ringu, w pobliżu pałacu cesarskiego), pyszny wystrój i snobistyczna nazwa czynią z Pałacu Eschenbach chyba najbardziej lanserskie miejsce w mieście.
Sama impreza nie różniła się niczym szczególnym od stu tysięcy innych wielkich imprez studenckich. Potężny tłum szturmował bar i parkiet. Muzyka dudniła, jak zwykle przy takich okazjach. Wokół niesamowita mieszanka twarzy i języków. Przeważają Europejczycy, ale nie brak i bardziej egzotycznych klimatów. Napitki, rzecz jasna, nie warte swojej wysokiej ceny. Kilometrowa kolejka do damskiej toalety. Ludzie zazwyczaj stali i podrygiwali w miejscu, ewentualnie kręcili się w różnych kierunkach, szukając swoich znajomych. Z Olivią próbowałyśmy zrobić sobie trochę więcej miejsca na parkiecie, żeby móc zwyczajnie potańczyć w parze, co spotkało się z oburzeniem damskiej części towarzystwa i aplauzem z męskiej strony. Niestety, albo może i na szczęście, nie dosłyszałyśmy, o co im konkretnie chodziło, bo muzyka była zbyt głośna. Gdy stężenie człowieka na metr kwadratowy przekroczył dopuszczalną granicę, bez żalu opuściłam wielkie party.
Nie znam jeszcze komunikacji wiedeńskiej na tyle, żeby znaleźć nocny autobus. Do akademika wróciłam więc piechotą. Noc była bardzo ciepła, jak na początek marca. Po czterdziestopięciominutowym spacerze dotarłam na miejsce, aby w ciszy i spokoju położyć się spać.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen