Samstag, 24. März 2012

Tak się bawi Wiedeń

     W ostatnim czasie miałam okazję odwiedzić trzy różne imprezy. Różniły się dość znacznie, jeśli chodzi o ogólny klimat, ale miały wspólny mianownik: były na wskroś zatłoczone i studenckie. Nie do końca rozumiem, dlaczego wszystkie party, na których bywam, są tak niesamowicie oblegane przez ludzi. Być może to kwestia tego, że moim źródłem informacji są tacy jak ja studenci Erasmusa (lub jemu podobnych), którzy słyną z pociągu do hucznych imprez, a być może to czysty przypadek.

     Pierwsze wyjście odbyło się pewnego czwartku w towarzystwie Meliny (czytaj z grecka: Milina) Cypryjki, która się do swojej cypryjskości nie poczuwa, jej koleżanek ze studiów oraz Elizy - mieszkanki Włoch północnych, która lepiej zna chyba niemiecki niż rodzinny włoski. Melina i Eliza mieszkają ze mną w akademiku. Melina ma wąską twarz, długi prosty nos, niebieskie oczy i jasne kręcone włosy. Niezwykle dba o szczegóły swojego ubioru i muszę przyznać, że idzie jej to niezwykle udatnie. Eliza jest szczęśliwą posiadaczką bujnych, falowanych czarnobrązowych włosów oraz dużych, błyszczących, brązowych oczu. Do tego ma uśmiech szeroki niczym Julia Roberts, ale moim zdaniem sto razy wdzięczniejszy. Koleżanki Meliny nie wyróżniały się niczym specjalnym. Były siostrami, były ogólnie ładne i włożyły niezwykle krótkie spódniczki. Na party wybrałam się zupełnie przypadkowo. Nie miałam planów na ten wieczór, ale jak zapraszają, to szkoda odmówić. 

     Party miało miejsce w klubie Pratersauna tuż przy wielkim parku rozrywki o nazwie Prater. Muzyka: techno, elektrotechno i pokrewne. Nie będę ukrywać, bawiłam się z dziewczynami do białego rana... Jeśli chodzi o stężenie człowieka na metr kwadratowy, było zupełnie do przeżycia. Sądzę, że przyczyniła się do tego głównie wysoka cena wejściówki. Ale przemilczę ten element. Na naszą korzyść wpływała stadność. Stadu łatwiej wywalczyć przestrzeń życiową i ochronić się przed drapieżnikami. A drapieżników tam niemało było, odbijali się jednak od babskiej solidarności jak piłeczka od ściany. W przerwach między jednym hipnotycznym transem muzycznym a drugim chodziłyśmy po spritzery (wino z wodą sodową) albo do toalety (jak to zwykle kobiety - zbiorowo). Na koniec byłyśmy tak wykończone, że po prostu przysiadłyśmy i komentowałyśmy otaczającą nas rzeczywistość (z mężczyznami na czele). O dziwo, można w tym znaleźć sporo radości, a nieraz i satysfakcji. Powrót do akademika miał postać wesołej, choć nie mogę powiedzieć, że energicznej, pogoni za taksówką.

     Drugie wyjście zorganizowała moja buddy, czyli Maria. Okazją do wyjścia był szeroko w Wiedniu obchodzony dzień św. Patryka, patrona Irlandii. Poza Marią przyszli również Austin i Devan (również moi buddies) i przyprowadzili ze sobą kolegów. Amerykanina z Iowy i Węgra o wdzięcznej ksywce T-bone. Miejscem spotakania był największy w mieście pub irlandzki Charlie P's. Klub być może i jest największy, ale to wcale nie znaczy, że jest szczególnie duży. Na parterze jest bar i restauracja, a w piwnicy bar i parkiet do tańca. Kapela rżnęła przez całą noc równo wielkie przeboje anglojęzycznego rocka i tym podobnym, ale z powodu ścisku i hord Irlandczyków z piwami w dłoniach, odpuściliśmy sobie rozrywki taneczne. Udało nam się znaleźć stolik w restauracji. Właściwie nie mam pojęcia, komu udało się znaleźć to miejsce, bo w klubie po drodze zgubiłam swoich towarzyszy ze cztery razy. Miejscówka miała liczne zalety i jedną wadę. Tuż obok były drzwi niewejściowe. Początkowo były uchylone dla poprawienia wentylacji, ale tłumy spragnione rozrywki wślizgiwały się tędy do środka, pomijając goryli przy głównym wejściu. Goryle zamknęły więc drzwi, a że nie było tam okna, dość szybko zrobił się straszny zaduch i gorąc. Najpierw Austin stwierdził, że może jednak zbyt dużo dziś wypił (pił po dwa Ottakringery na raz, żeby nie musieć czekać przy barze na następny), po czym wyszedł zabierając ze sobą wszystkich kolegów poza Devanem.

     W Charlie P's spotkał nas niesamowity i niepowtarzalny zaszczyt siedzenia tuż obok ambasadora Irlandii. To taki z wyglądu miły pan, łysy i okrągły na twarzy. Pojawił się w połowie wieczoru ubrany w długi płaszcz, garnitur i koszulę z krawatem (oczywiście zielonym) w towarzystwie małżonki w gustownym kostiumie. Wyglądał zdecydowanie odmiennie od reszty gawiedzi poprzebieranej nieraz w kuriozalne kostiumy (zielone wianki hawajskie i wielkie kapelusze to tylko czubek góry lodowej). Mieliśmy zaszczyt nawet odstąpić panu ambasadorowi jedno krzesło, gdy przyszły jeszcze jego dwie córki. Wypili pro forma po piwku i poszli pokazywać się gdzie indziej. 

     Trzecia, ostatnia impreza minęła w rytmach latino. Tym razem prowodyrem była Milene (nie mylić z Meliną!) Pacheco, która pochodzi z Brazylii. Jest energiczną, małą kobietką z żywym spojrzeniem ciemnych oczu. Ma radosne czarne kędziory i śniadą cerę. Oprócz Polek - mnie i Marty, zaprosiła jeszcze swoich znajomków, którzy również pochodzą z Brazylii. Była ich czwórka i każde wyglądało inaczej. Ciężko byłoby na podstawie ich powierzchowności wykreślić przeciętny obraz Brazylijczyka. Najprawdopodobniej nawet nie ma sensu, gdyż chyba przyznacie, że Brazylijczyk w Europie to nie jest typowy Brazylijczyk. Weźmy takiego Aarona. Niebieskooki blondyn, którego rodzina jeszcze w drugiej połowie dziewiętnastego wieku mieszkała na Pomorzu Bałtyckim. Prawdziwych brazylijskich Indian raczej nie uświadczysz po tej stronie Atlantyku. 

     "La Caña de España" - bo tak nazywało się party, odbyła się w klubie All-in. Klub niczym się nie wyróżniał, ale atmosfera w środku wyjątkowo gorąca. Uwielbiam rytmy latynoskie. Wszystko wtedy samo rwie się do tańca. Szkoda tylko, że tak mało miejsca było dookoła... Drugą uciążliwością owej imprezy byli namolni Włosi, którzy mieli w zwyczaju "przypadkowo" chwytać kobiety za tyłki. Poza tymi dwoma elementami impreza była udana. Co ciekawe, samych Hiszpanów (o mieszkańcach Ameryki Południowej nie wspominając) nie było zbyt wielu. Przeważali... Turcy. Nie brakowało też Polaków. Widać te rytmy ma się w duszy ;)

Keine Kommentare:

Kommentar veröffentlichen