Dziś miałam zamiar zapłacić za pokój, odnieść Meldezettel do właściwego urzędu, znaleźć koordynatora Erasmusa, porozmawiać z nim o problemach z zapisem na zajęcia oraz wyrobić sobie legitymację Erasmus Student Network. Oczywiście nic mi się nie udało zrobić. Pan portier powiedział, że nie ma papieru w drukarce i żebym przyszła do niego w poniedziałek, wszelkie biura mają w zwyczaju być czynne w piątek tylko przez krótką chwilę (jak dla mnie zbyt krótką), a dyżury osób związanych z Erasmusem wypadają jakoś tak dziwnie wyłącznie w poniedziałki lub czwartki. Cóż, co masz zrobić dziś, zrób w przyszłym tygodniu... Korzystając z okazji, rozpoczęłam kulturalne zwiedzanie stolicy Austrii.
Moim pierwszym celem jest oczywiście Kunsthistorisches Museum (KHM). Jest to jedno z najstarszych muzeów na świecie i od początku mieści się w budynku specjalnie do tego celu zaprojektowanym i zbudowanym. Gromadzi unikalne zbiory cesarskiej rodziny Habsburgów, obrazując potęgę i bogactwo ich państwa.
Budynek KHM powstał w drugiej połowie XIX wieku i sam w sobie zasługuje na miano perły. Chyba żadne inne muzeum nie może się poszczycić równym przepychem: rozmach architektoniczny, bogate neobarokowe zdobienia, rzeźby klasycystyczne w korytarzach i freski autorstwa Klimta na sufitach. Każdą salę wykończono stosownie do zawartości, którą prezentuje. Największe wrażenie robi chyba część egipska. Na ścianach widnieją sceny znane z grobowców faraonów. Integralnym elementem konstrukcji są gigantyczne kolumny w stylu egipskim przywiezione prosto z kraju nad Nilem w darze cesarzowi. Zbiory muzeum obejmują sztukę starożytną (głównie Egipt i Rzym), malarstwo europejskie, zazwyczaj renesansowe i barokowe, oraz monety. Poza tym administracyjnie KHM podlega parę innych instytucji, ale o tym innym razem. KHM wręcz olśniewa blaskiem nazwisk. Całe pierwsze piętro zajmują obrazy. Po jednej stronie Hiszpanie, Francuzi i Włosi, po drugiej Niemcy, Flamandowie i Holendrzy. Tyle słynnych osobistości, że nie ma sensu ich nawet wymieniać. Od nadmiaru dobroci aż kręci się w głowie.
Nie sposób obejść całego muzeum bez uczucia przesytu. Trzeba więc podejść do niego sposobem. A sposób ten nazywa się Jahreskarte - roczny, imienny bilet wstępu do wszystkich oddziałów KHM, który kosztuje tylko 29 euro. Uprawnia do nieograniczonej liczby wejść na nieograniczoną ilość czasu. Dzięki temu, mogę swobodnie oglądać wystawy, kiedy tylko zechcę i będę miała wolną chwilę. Mam zamiar przygotować zawczasu każdą wyprawę i poświęcić się zawsze tylko pewnej części całego bogactwa muzeum. Drobnymi porcjami być może zdołam przeżyć ów zbiór tak, jak na to zasługuje.
Dziś przywitałam się z jednym mistrzem. Dziwnym trafem jego obrazy były jedynymi, które zapamiętałam z
ostatniej wizyty w Wiedniu, postanowiłam więc sprawdzić, dlaczego tak
mocno utkwiły mi w pamięci. Był nim Velazquez, nadworny malarz władcy hiszpańskiego Filipa IV. Znany głównie z obrazu Las Meninas. W Wiedniu wisi kilka jego portretów, które przywędrowały tu w charakterze załącznika do umowy matrymonialnej. Między innymi poważna infanta Maria Teresa z dwoma (!) zegarkami oraz jej młodsza siostra infanta Margarita w trzech wersjach (trzech, pięciu i ośmiu lat). Portrety w jakiś magiczny sposób przyciągają uwagę widza. Może to kwestia plastyczności stylu? Może to zacięcie Velazqueza do podkreślania indywidualnych cech swoich modeli? Może to melancholijne spojrzenie trzyletniej Margarity, która od niemowlęcia była zaręczona ze swoim wujem i jednocześnie stryjecznym bratem Leopoldem I? Pucułowate dziecięce policzki i miękkie blond włoski nie pasują do sztywnego, bogatego stroju dziewczynki. Malarz oddał całą postać w ciepłej tonacji i rozmytych konturach, jakby starał się zatuszować dysonans. Siedziałam i patrzyłam zauroczona. Velazquez ponad trzysta pięćdziesiąt lat po swojej śmierci nadal zastanawia.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen