Jesteście ciekawi moich zmagań z językiem? Nawet jeżeli nie, to i tak nie macie wyboru. Dziś będę pisać o niemieckim. Po tygodniu spędzonym w Austrii mogę powiedzieć, że przeszłam już chrzest bojowy i z dnia na dzień czuję się coraz pewniej w trudnej mowie Bernharda i Rilkego.
Ab ovo. Niemieckiego uczę się od czwartej klasy szkoły podstawowej, ale zawsze pozostawał martwym językiem. Nigdy nie miałam specjalnej okazji, żeby mówić po niemiecku poza laboratoryjnymi warunkami w szkole. Wkuwanie słówek, list odmiany, schematów syntaktycznych... To wszystko szybciej z głowy wychodziło niż do niej wchodziło.
Teraz jest zupełnie inaczej. Jakby w mózgu ktoś mi otworzył dodatkową klapkę. Do tej pory czułam niemiecki gdzieś głęboko z tyłu głowy. Teraz czuję go w czole i w języku, tak jakbym dochodziła do niego zupełnie inną drogą. Nie czuję żadnej łączności między tym, co mówię, a tymi słówkami i zasadami, których się uczyłam. Podejrzewam, że bez długoletniego przygotowania czułabym się gorzej, ale minie jeszcze wiele czasu, zanim obie niemieckie drogi połączą się.
Dużo muszę siedzieć nad oficjalnymi dokumentami. Fantazyjne niemieckie słowa-pociągi kiedyś doprowadzą mnie do załamania nerwowego. Sporadycznie można znaleźć je w słowniku. Trzeba więc takiego tasiemca cierpliwie podzielić na segmenty i sprawdzić każdy z osobna, żeby w końcu domyślić się treści. Bo przecież znaczenie słowa nie równa się prostej sumie słów wchodzących w jego skład. W codziennym życiu jakoś można się domyślać, można się w czymś pomylić, o coś dopytać, ale przy wypełnianiu formularzy trzeba bezbłędnie zidentyfikować konkretne dane, jakich ode mnie wymagają.
Bardzo intensywnie pomagają mi w nauce różni ludzie. Po pierwsze Helena, o której już pisałam. Helena pochodzi z Grazu, ale mówi zupełnie przyzwoitym Hochdeutschem, czyli literacką wersją niemieckiego. Łatwą jest mi ją zrozumieć i ona w lot chwyta, co próbuję powiedzieć, bo miała już do czynienia z Polakami. Poza tym jest zafascynowana językiem polskim, co znalazło wyraz w aplikacji na wyjazd w ramach Erasmusa do Poznania. Poza tym Helena uczy się jeszcze serbskiego, francuskiego i zupełnie dobrze zna angielski. Półtorej godziny spędziłyśmy na książką do nauki polskiego, czytając wstępne dialogi. Ponieważ Helena dopiero zaczyna naukę polskiego, wszelkie wątpliwości wyjaśniałyśmy po niemiecku. Niezwykłym doświadczeniem było dowiedzieć się, że w polskim mamy schwache, weiche und historische weiche Konsonanten. Jakoś zestawy podanych głosek nie składały mi się w żaden sposób, choć kwestia zmiękczania prześladuje chyba każde dziecko w szkole podstawowej, które uczy się polskiej ortografii.
Drugą osobą, z którą rozmawiam po niemiecku jest Tiffany. Tiffany pochodzi z Kolumbii, ale spędza już trzeci rok w Europie. Pracowała jako au-pair w Niemczech, teraz szuka pracy gdzieś w wiedeńskiej restauracji, żeby zarobić, skończyć zaawansowany kurs niemieckiego i dostać się od nowego roku akademickiego na germanistykę. Przed przybyciem do Europy zwiedziła parę krajów Ameryki Południowej, więc sądzę, że jeszcze wiele interesujących rozmów przed nami. Poza tym Tiffany zachęca mnie do mówienia po hiszpańsku, który działa w mojej głowie jeszcze gorzej niż niemiecki, czyli prawie wcale. Ale do wszystkiego dojdziemy powolutku...
Bardzo pomocna okazuje się również Maria. Moja buddy. Dostałam od niej zaproszenie na spotkanie z jej rokiem - studentami arabistyki. Na spotkanie w Cafe Derwisch przyszło sporo osób. W większości Austriaków stąd i owąd. Był też jeden Niemiec i... Afgańczyk. A mówiąc precyzyjnie: Pers. Wyjaśnił kilka rzeczy, które dotyczyły różnic między Pasztunami a Persami i innymi mniejszymi grupami, ale raczej niechętnie mówił o Afganistanie. Od dziesiątego roku życia mieszka w Austrii i twierdzi, że nie chce pamiętać swojego poprzedniego domu. Opowiadał za to dużo o tym, jak to trudno było mu się nauczyć niemieckiego. Słuchając Wiedeńczyków, wcale mu się nie dziwię. Austriacki brzmi zdecydowanie inaczej niż Hochdeutsch. Na 2 mówią coś w rodzaju cwo zamiast cwai, zamiast fertiś mówią fertik, mówią grussgott zamiast gutmorgn i tak dalej. Używają też różnych słów. Gdy rozmawia Niemiec z Austriakiem doskonale słychać różnice. Co ciekawe, po nauce Hochdeutscha, łatwiej zrozumieć mi Niemców i niż Austriaków. Zresztą, sami Austriacy mówią, że większość Niemców nie musi się jakoś szczególnie wysilać, żeby mówić językiem literackim (oczywiście poza Bawarczykami i Szwabami). W samej Austrii poza Wiedniem są trzy różne dialekty i to zróżnicowane do takiego stopnia, że ich użytkownicy nie są w stanie siebie nawzajem zrozumieć.
Moje pierwsze zderzenie z prawdziwym wiedeńskim dialektem nastąpiło, co zaskakujące, w bibliotece uniwersyteckiej. Panowie, którzy obsługiwali stanowisko zapisów mówili tak dziwnie, że nie zrozumiałam ani słowa. Raczej domyślałam się, co do mnie mówią, niż wiedziałam. Nie potrafiłam nawet oddzielić od siebie poszczególnych słów. Nic. Ściana. Stało to w jawnej sprzeczności ze spokojną, wyraźną niemczyzną wykładowców.
W Polsce praktycznie nie mamy dialektów. Dobitnie mi to uświadomiła Helena, gdy opowiadała o tym, jak się uczy polskiego. Czy to słuchała czytanek z płyty, czy prosiła jakiegoś Polaka o przeczytanie tekstu, zawsze wymowa pozostawała ta sama. Natomiast, gdy dziewczyna jedzie do swojej babci, która mieszka w małej wiosce gdzieś pod Grazem, ma prawdziwy problem, żeby ją zrozumieć, chociaż teoretycznie używają tych samych słów. I wcale nie chodzi tu o konflikt pokoleń, tylko o zupełnie odmienną wymowę.
Jeszcze wiele godzin niemieckiego przede mną...
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen