Dziewczęta z mojego akademika zadziwiają spokojem i nieśmiałością. Jeszcze nie zarejestrowałam tu żadnych większych hałasów. Nawet w kuchni podczas przygotowywania posiłków nieczęsto zawiązują się rozmowy. Niektóre osoby ograniczają czas tam spędzony do absolutnego minimum i uciekają, gdy tylko ktoś inny się pojawi na horyzoncie. Tym bardziej ucieszyłam się, widząc ogłoszenie na lodówce o treści dość chaotycznej, ale jednocześnie dobitnej. Będzie party.
Party odbyło się w sobotni wieczór w pokoju telewizyjnym (TV-Raum). Zaproszeni byli wszyscy. A właściwie wszystkie, bo wcale nie tak łatwo o mężczyznę w tym babińcu (poza Panem Portierem o imieniu Willi, ale on się nie liczy). Uczta składkowa, każdy przynosi coś do picia i coś na ząb. Do picia wybrałam butelkę szlachetnego białego wina Orvieto (prosto z Włoch!), które było najtańszym, jakie udało mi się znaleźć w Sparze, a do jedzenia ciasteczka z czekoladą, które przyjęto z głębokim uznaniem i entuzjazmem (chociaż połowa uczestniczek spotkania deklarowała, że jest właśnie na diecie). TV-Raum mieści się w piwnicy, ma tylko dwa malutkie okienka i tej samej wielkości telewizor, którego nikt nie ogląda. Najważniejsze w TV-Raum są wielkie kanapy.
Gdy dotarłam na spotkanie większość miejsc na kanapach była zajęta. Dokonałyśmy przedstawienia. Mam kiepską pamięć do imion, szczególnie jeżeli pojawiają się w dużej liczbie na raz i są wypowiadane we wszystkich akcentach, jakie sobie można wymyślić, więc wybaczycie, że nie przytoczę ani jednego. Dużo łatwiej w tych warunkach zapamiętać czyjąś narodowość. A było ich równie wiele, co. Przez party przewinęło się do pięćdziesięciu osób, a były tylko dwie rodowite Austriaczki i jedna Niemka z Hannoveru. Co ciekawe większość osób lepiej mówiła po angielsku, więc początkowe starania, żeby prowadzić rozmowę po niemiecku spełzły na niczym. Cały świat nam się tu zebrał! Oprócz Polek w akademiku mieszkają dziewczyny z Czech, Słowacji, Serbii, Bułgarii, Włoch, Francji, Cypru, Finlandii, Szwecji, USA, Kolumbii, Brazylii, Bangladeszu, Chin, Wybrzeża Kości Słoniowej... Do wyboru do koloru! Piękne, roześmiane, znające języki itd. Tylko facetów brak...
Kolejne fale uczestników wywoływały nową kolejkę prezentacji. Imię, kraj pochodzenia, kierunek studiów, preferowany język. Muzyczka grała w tle, ciasteczka chrupały. Ktoś nawet przyniósł Alkogrę. Znalazł się korkociąg do mojego wina (wino może tanie, ale nie bylejakie!). Przedstawiono mi Polkę, której wcześniej nie znałam: Martę. Co ciekawe Marta też studiuje na Uniwersytecie Warszawskim i też przyjechała tu z historii. Jest rok młodsza i dziesięć centymetrów niższa ode mnie, ma urocze piegi i rude włosy. Pracuje nad odtworzeniem relacji między cesarzową Sissi, a jej teściową. Uwielbia epokę Marii Teresy i Franciszka Józefa, więc czuje się w Wiedniu jak w raju. Przegadałyśmy razem sporą część wieczoru.
Niestety niedobór płci brzydkiej spowodował ku mojemu rozczarowaniu, że nikt o tańcach nie pomyślał. Ech... Trzeba jakoś przeżyć. Pomimo niedogodności wieczorne spotkanie pozwoliło mi się zorientować w mieszkankach akademika. Poznałam mnóstwo nowych sympatycznych twarzy. Zobaczymy jeszcze, co z tego urośnie.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen